O „kamienowaniu”

O smutnej sprawie abp. Wielgusa.

Przyznaję, że już jestem bardzo znużony tą niesmaczną retoryką naszych „wielgusistów”, którzy zamiast wyciszać emocje, coraz bardziej podgrzewają atmosferę, młócąc nieustannie cepami oskarżeń – rzekomych prześladowców Arcybiskupa – o „nagonkę”, „kamienowanie”, ba!, nawet, co już zakrawa na bluźnierstwo, „krzyżowanie”.

Ten ton brzmi nadal również w artykule p. Matuszkiewicza, który parokroć rozprawia o „polowaniu z nagonką”, co nawet budzi w nim „uczucie obrzydzenia”. No cóż, mamy widać zupełnie inaczej rozwinięte organy zmysłu moralnego, albowiem mnie brzydzi raczej owa moral insanity obrońców relatywizmu, którzy nie potrafią albo nie chcą dostrzec choćby tego, że abp Wielgus „ukamienował się” ostatecznie sam, wielokrotnie kłamiąc i zmieniając stanowisko w zależności od ujawnianych w danym momencie faktów oraz ogólnych okoliczności.

Można było szczerze współczuć mu w godzinie prawdy, kiedy ogłoszono decyzję Ojca św., widzieć w tym nawet jakby część pokuty czyśćcowej, przeżywaną na ziemi; jednak w moim przekonaniu duchową wartość tej pokuty Arcybiskup sam zniszczył, decydując się na powrót grać rolę niewinnego, zwłaszcza występując do Sądu Lustracyjnego z wnioskiem o autolustrację. To, nawiasem mówiąc, nieoczekiwany i nader nieprzyjemny casus pascudeus dla wszystkich mądrali, którzy uderzali w wielkie dzwony z powodu nawrotu „gallikanizmu” i złamania przez rząd konkordatu; oto teraz hierarcha Kościoła z własnej woli pragnie być traktowany jak funkcjonariusz państwa!

Może to kwestia doświadczeń i wieku (p. Matuszkiewicz, jak się domyślam, jest jeszcze młodym człowiekiem), a może braku poetyckiej weny Deotymy „Myśli Polskiej”, ale nie potrafię wzruszyć się „martyrologią” księdza Wielgusa, na którego „ubek nakrzyczał” (jak wynika z jego dossier, po jedenastu latach uprzejmej współpracy!). Do mnie, 13 grudnia 1981 roku, na Komendzie Dzielnicowej Łódź – Polesie, rozwścieczony moją „hardością” esbek mierzył pistoletem prosto w pierś, i jakoś na kolana ze strachu nie padłem.

Tym bardziej nie wzruszy mnie opowiadanie o wielkiej miłości do nauki, wymagającej zapłacenia ceny za otrzymanie paszportu. Ja od 1976 roku nie miałem nawet stempelka w dowodzie, umożliwiającego wyjazdy do KDL-ów. Nawet za czasów „karnawału” Solidarności nie mogłem wyjechać z referatem na prestiżowe seminarium organizowane przez Międzynarodowy Instytut Jacquesa Maritaina, mimo posiadania zaproszenia.

Tak się składa, że też do interesującej mnie sfery badań (zachodnioeuropejskiej myśli konserwatywnej) wyjazdów na Zachód potrzebowałem jak kania dżdżu. W wieku, w którym każdy młody adept nauki wyjeżdża na stypendia, staże naukowe etc., nawiązuje rozliczne kontakty w świecie naukowym, ja musiałem organizować sobie warsztat naukowy sam, prywatnymi kanałami zdobywając dostęp do potrzebnych mi źródeł i książek.

Ale dość o sobie; prosiłbym natomiast wszystkich solidarnych z „ukamienowanym”, aby chociaż cząstką swoją współczucia zechcieli obdarzyć jednego z najbardziej bohaterskich kapłanów mojego pokolenia i nieugiętego obrońcę życia – ks. Stanisława Małkowskiego, tak teraz poniewieranego przez swoich zwierzchników w Kościele warszawskim.

Przy tym, pomimo iż mój polemista bardzo wymownie broni Arcybiskupa, nie jest dla mnie jasne, co właściwie na jego temat sądzi. W affaire Wielgus pojawiły się bowiem (po stronie katolickiej i prawicowej), z grubsza rzecz biorąc, trzy rodzaje obrońców. Pierwsi, to owi dobroduszni, prości wierni, którym wmówiono, że Arcybiskup – niewinny jak lilia wodna – padł ofiarą spisku „Żydów, liberałów i masonów”. Tym można wybaczyć, gdyż „nie wiedzą, co czynią” (i plotą). Druga kategoria to ci autorzy, którzy dowodzili, że we współpracy księdza Wielgusa z komunistycznymi tajnymi służbami nie było niczego zdrożnego (co najwyżej „jakiś połowiczny błąd”), a w ogóle takie były czasy, że „wszyscy musieli”.

Dla tych ideologów „panświnizmu” nie znajduję żadnych okoliczności łagodzących, zwłaszcza jeśli noszą sukienkę duchowną. Trzecia wreszcie, to uczeni publicyści, którzy nie zaprzeczają faktom (acz je bagatelizują), lecz stoją na stanowisku, że ważne, ich zdaniem, racje natury politycznej i eklezjalnej również (aby mieć biskupa o poglądach konserwatywnych) nakazywały bronić Arcybiskupa, puszczając w niepamięć jego mroczną przeszłość. Jest to pogląd, którego nie podzielam, ale racjonalny, więc dyskutowalny.

Mój kłopot z odpowiedzią p. Matuszkiewiczowi jest natomiast tego rodzaju, że potrafi on stanąć w jakimś dialektycznym rozkroku pomiędzy pierwszą a trzecią linią obrony (do podejrzewania go o drugą nie mam podstaw), co dla mnie jest ekwilibrystyką, wobec której, przyznaję, czuję się bezradny. Dlatego też dalszą dyskusję w tym zakresie uważam za niemożliwą.

Jestt to fragment odpowiedzi autora na polemikę Tadeusza Matuszkiewicza zamieszczoną w "Myśli Polskiej".

To jest: Michał Tyrpa

Ile jeszcze osób musi -

- tak jak prof.Bartyzel - rzucać grochem o ścianę? Jakie morze atramentu musi zostać wylane, żeby do niektórych pobożnych, a inteligentnych dusz cokolwiek dotarło?

Sądzę, że rozstrzygany

Sądzę, że rozstrzygany dylemat leży w konflikcie pomiędzy tymi, którzy "chcieli coś dobrego zrobić", ale "musieli" przy tym nieco (lub bardzo) się ubrudzić, a tymi, co woleli zrobić mniej - ale pozostać czystymi.

O ile w kwestii Kościoła nie podejmuję się dyskutować, może było, jak twierdzi p. Wielomski, że dla dobra Kościoła "tak trzeba".

Jednakże - i mam jakieś przeczucie, że istnieje ciągłość tego pojęcia, że "tak trzeba było" obejmująca również gospodarkę i politykę - i tu mam całkowitą pewność, że ci, co tak uważali są dzisiaj beneficjentami "transformacji" - nazywanymi, wraz z bezpośrednimi wykonawcami systemu układem.

Abstrahuję od osoby abp. Wielgusa - być może jest małoznaczącym elementem z punktu widzenia układu - wręcz jego ofiarą. Może. Nie wiem tego.

Jeżeli jednak w swoim świeckim bytowaniu przyjąłbym, że należało nieco się ubrudzić, "by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej", a może nawet, waląc z grubej rury, by oszukać komucha, by uniknąć przerobienia na kolejną republikę sowiecką - to musiałbym przyznać, że dokonywałem z życiu złych wyborów.

Prof. Bartyzel również, w okolicznościach nieporównanie bardziej dramatycznych niż moje, również, zdaniem jego adwersarzy dokonywał złych wyborów.

Czy w takim razie jest "układ", jeżeli nie zbiorowiskiem tych, co wybrali "lepiej" niż ja i ich naśladowców?

- - - - - - - - - - - - - - - - - -
Zakładamy Prawicę RP (partię polityczną)

A mnie wciąż jakoś mało obchodzi

to, czy biskup coś tam podpisał, czy nie... Nie po to jest biskup, żebym mu na ręce patrzył. To należy do papieża.

"Brak mestwa u biskupa jest

"Brak mestwa u biskupa jest poczatkiem jego kleski" napisal w swoich pamietnikach Kardynal Stefan Wyszynski

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.