Wydarzenia
Publikuj na PNTeraz czytaneZaloguj sięPrace Prawicy.net |
IV władza bez odpowiedzialności
Autor: Tadeusz Jarski, wt, 07/02/2006 - 19:42
Na pierwszej stronie Rzeczpospolitej z 7 kwietnia widnieje tytuł "Zarząd Fundacji 'Pojednanie' trwonił pieniądze ofiar III Rzeszy", a artykuł pod tym tytułem oraz dłuższy artykuł wewnątrz numer opisują, jak to wiceprezes Fundacji, Jan Parys, spowodował ogromne straty, a w nagrodę otrzymał pokaźne premie. Autorka artykułu, Dorota Kołakowska, opiera swoje oskarżenia na nie opublikowanym raporcie NIK-u, a Bronisław Wildstein w komentarzu redakcyjnym feruje natychmiastowy, potępiający wyrok. Tak oto Czwarta Władza przeprowadziła oskarżenie, osąd, wyrok kary śmierci (cywilnej) i wykonanie wyroku w jednym numerze gazety. W polskiej rzeczywistości są to wyroki bez odwołania. Procesy o zniesławienie ciągną się latami i kończą przeważnie przeprosinami drobnym drukiem na 34-ej stronie. Arabskie przysłowie "Obraził mnie na rynku, a przeprosił mnie w zaułku" przeszczepiło się na polską niwę i ma się dobrze. Sam byłem obiektem zmasowanych ataków prasowych, z których większość była skonstruowana dość brutalnie żeby unurzać mnie w błocie, a dość sprytnie żeby nie dać podstawy do zasądzenia. Jednak dwie gazety poślizgnęły się na wylewanym przez siebie łajnie: Express Wieczorny i Przegląd Tygodniowy. Pomimo kolejnych zawałów serca zmobilizowałem dość energii aby zasądzić obie i po wielu tarapatach Ekspress zaproponował ugodę i umieścił przeprosiny. Przegląd Tygodniowy natomiast "poszedł w zaparte" i sądziliśmy się aż wygrałem. Sąd przyznał mi, z odsetkami, około 70,000 zł, ale musiałem stoczyć kolejną kampanię żeby zmusić komornika do wyegzekwowania przyznanej mi kwoty. Tę zapłacił w końcu osobiście, były już wówczas, Redaktor Naczelny PT, bo gazeta przestała wychodzić. Niestety prawnicy, który złożyli pozew nie włączyli do solidarnej odpowiedzialności autorki kłamliwego artykułu, Zuzanny Dąbrowskiej (żony Piotra Ikonowicza), i pani redaktor nie poniosła żadnej kary za swoje oszczercze wybryki. Ba, awansowała do pierwszej strony Trybuny. Podobnie autor artykułu w Ekspressie, Jacek Lech pozostał bezkarny. Kiedy jeszcze przed publikacją spytałem go jak może dawać to do druku wiedząc, że to nieprawda, odpowiedział beztrosko "No to co? Jeśli Pan nie będzie się zgadzał to wydrukujemy Pańską odpowiedź?" Niestety, kiedy właśnie to próbowałem uczynić Redakcja nie pozwoliła mi na odpowiedź, a, o ile wiem, p. Lach może dalej beztrosko strzelać w plecy dowolnie wybranym ofiarom. Redakcja Expressu, poza formalnym odszczekaniem w druku, nie przeprosiła mnie ani nie poinformowała, że dziennikarz odpowiedzialny z przysporzenie mnie i moim bliskim dotkliwych szkód i cierpień został ukarany, lub choćby ostro pouczony o zasadach rzetelności dziennikarskiej. Wydaje się, że Polska to istne Eldorado dla oszczerców. Charakterystyczne dla polskiej prasy jest to, że żadna z gazet, które szeroko pisały o stawianych mi zarzutach, nie umieściła nawet wzmianki, kiedy sąd nie tylko oczyścił mnie ze wszystkich zarzutów, ale przyznał mi odszkodowanie uważane przez znawców za "wysokie". Ani Wyborcza ze swoim Najwyższym Autorytetem Moralnym na czele, ani Rzeczpospolita, z pretendentem do tytułu Najwyższego Autorytetu Moralnego na szpaltach komentarzowych, nie widziały potrzeby, żeby napisać "Finał afery Hotelu Mercury: Sąd oczyścił Tadeusza Jarzembowskiego i ukarał oszczerców. Czy ktoś szuka rzeczywistych sprawców tej ukartowanej gigantycznej plajty?" Koła dziennikarskie histerycznie protestują przeciwko narzuceniu dziennikarzom wymiernej odpowiedzialności za słowa. Okrzyki "a gdzie wolność słowa?", "a gdzie swoboda wypowiedzi?", "kneblowanie prasy!" i t.p. i t.p. są standardową reakcją na wszelkie próby ucywilizowania światka dziennikarskiego w Polsce. Innymi słowy: Czwarta Władza ? - TAK!!! Odpowiedzialność ? - ALEŻ SKĄD!!! Przez całe lata 80-te broniłem wolności wypowiedzi w Polsce. Broniłem wszystkich prześladowanych za przekonania bez względu na to czy ich przekonania podzielałem czy nie. Broniłem Bieleckiego i Morawieckiego, Romaszewskiego i Moczulskiego, Kuronia i Ikonowicza, a kiedy Frasyniuka, Lisa i Michnika aresztowano, głodowałem, wraz z moją teraz żoną, Barbarą, i czterema innymi osobami, pod ambasadą PRL w Londynie, na ulicy, przez siedem dni i nocy, w ten sposób, skutecznie, wzywając do ich obrony brytyjską prasą, brytyjski parlament i brytyjski rząd. Broniłem ich prawa do wypowiedzi, do tworzenia organizacji, do publicznej działalności politycznej. Ale nigdy, nigdy nie broniłem czyjegokolwiek prawa do konstruowania prasowych sądów kapturowych i wydawania wyroków śmierci cywilnej bez możliwości obrony lub odwołania. Natomiast przypominam, że wolność jednego obywatela zawsze kończy się tam gdzie zaczyna się wolność innego obywatela. Żadna swoboda wypowiedzi nie może być swobodą do niesprawiedliwego i bezkarnego niszczenia czyjegoś dobrego imienia, a z nim ludzkich karier i ludzkiego życia. Każdy może sobie pisać co mu fantazja na komputer przyniesie, ale z pełną świadomością, że ponosi pełną odpowiedzialność nie tylko moralną, ale również materialną, za krzywdy wyrządzone nierzetelną pisaniną. W wypowiedziach Rzeczpospolitej, które wywołały tę moją reakcję, autorka wyznaje, że jej oskarżenia wywodzą się z nieopublikowanego raportu NIK-u. Wiadomo, że raporty NIK-u są we wstępnej wersji przesyłane do instytucji, której raport dotyczy, do wglądu i weryfikacji postawionych tez. Dopiero po wyjaśnieniach i, często ważkich, poprawkach Raport przybiera ostateczną formę i wraz z ewentualnymi zarzutami i zaleceniami może być podany do publicznej wiadomości. Do tego czas projekt raportu jest poufny i nie może stanowić podstawy do zarzutów czy oskarżeń. Powstają pytania: Jak nie opublikowany raport NIK-u znalazł się w rękach dziennikarki Rzepy? Kto w NIK-u, i w Rzepie, złamał prawo udostępniając i cytując dokument, który w obecnym stadium jest objęty tajemnicą urzędową? Czy Rzeczpospolita, nie przekształca się aby w Rzecz-prywatną w zakulisowych rozgrywkach?
|