Szukaj na PNWydarzeniaGorące tematyZaloguj sięnowedyskutowane 2008Ile? |
Wybory europejskie - bez rewolucjiTegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego po raz kolejny pokazały, że nie ma czegoś takiego, jak europejska wspólnota. Choć KoLibranci zostają radnymi, posłami i senatorami, do tej pory żadnemu z nas nie udało się zostać europosłem. W tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego startowało sześciu członków Stowarzyszenia KoLiber — trzech z list Unii Polityki Realnej, dwóch z Libertas, jeden z Prawicy Rzeczypospolitej. Już biorąc pod uwagę wyniki tych komitetów wyborczych można stwierdzić, że nasi KoLedzy nie wypadli w czerwcowych wyborach zbyt dobrze. Nie to jest jednak najważniejsze — ciekawszym pytaniem jest: jakie znaczenie ma tegoroczna elekcja z punktu widzenia idei, które promuje nasza organizacja? Być przydatnym w EuroparlamencieNa początku trzeba sobie zadać pytanie: czy europarlamentarzyści są w ogóle w stanie realizować jakąkolwiek ideę? Parlament Europejski posiada niewielkie kompetencje w porównaniu z innymi organami Unii, takimi jak Rada Europejska czy Rada Unii Europejskiej. Choć w pewnym zakresie ma funkcję ustawodawczą, nie ma prawa inicjatywy ustawodawczej. Wpływ na skład Komisji Europejskiej jest niewielki i ogranicza się do przyjęcia bądź odrzucenia jej na początku kadencji oraz do możliwości udzielenia Komisji wotum nieufności większością 2/3 głosów. Pełni także funkcję kontrolną niektórych organów. Nic więc dziwnego, że partie i wyborcy traktują wybory do PE nieco po macoszemu. Frekwencja w wyborach europejskich jest notorycznie niższa niż w wyborach krajowych, zaś wyborcy mniej skupiają się na programach komitetów wyborczych, bardziej na własnych sympatiach partyjnych, nierzadko wykorzystują tę elekcję jako możliwość „dokopania” rządzącej ekipie. I tak należy podchodzić do historycznej porażki partii socjaldemokratycznych. Ugrupowania, których reprezentanci będą wchodzić w skład Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (pod taką nazwą będzie występować w najbliższej kadencji grupa lewicy) przegrały nie dlatego, że wyborcy nagle stali się bardziej konserwatywni, ale dlatego, iż rządzący takimi państwami jak Hiszpania, Wielka Brytania, Węgry czy Niemcy (tam socjaldemokraci są partnerem chadeków w wielkiej koalicji) nie potrafili zaradzić kryzysowi — a po piętach deptali im jednocześnie zieloni, skrajna lewica i chadecy. Podobnie sukces Europejskiej Partii Ludowej (chadeków) nie świadczy absolutnie o niczym. To, czy wygrają w Europie socjaliści czy chadecy dla działalności UE nie ma żadnego znaczenia, gdyż partie te (podobnie zresztą jak liberałowie i zieloni) mają bardzo podobną wizję przyszłości Unii. A jest to wizja dalszej integracji politycznej. Dowodem na to jest kontynuacja „wielkiej koalicji” obu głównych ugrupowań polegająca na podziale między siebie stanowiska przewodniczącego PE — 2,5 roku przewodniczącym będzie przedstawiciel EPL (prawdopodobnie Jerzy Buzek), kolejne 2,5 roku na tym stanowisku spędzi antypatyczny niemiecki socjaldemokrata, Martin Schultz. Co prawda nowo powstała frakcja Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, w skład której wchodzi polski PiS próbuje przekonać chadeków do wspólnej koalicji z EKiR i liberałami zgrupowanymi w Sojuszu Liberałów i Demokratów dla Europy (ALDE), ale nadzieje na zmianę dotychczasowych ustaleń są raczej płonne. Smutny los realnej opozycjiTegoroczne wybory ponownie nie przyniosły oczekiwanego od lat zwycięstwa realnej opozycji w Parlamencie Europejskim, czyli sił sceptycznie patrzących na dalszą integrację czy na Unię Europejską jako taką. Zyskały one w tych wyborach łącznie ok. 15 proc. mandatów, co nie czyni ich istotnym graczem w Brukseli i Strasburgu. Prawdopodobnie w tej kadencji zabraknie frakcji uniosceptycznej, uosabianej w latach 2004-2009 przez grupę Niepodległość i Demokracja. Jej charyzmatycznemu liderowi, Nigelowi Farage’owi z Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) może nie udać się zgromadzić 20 posłów z 6 krajów, których potrzebowałaby grupa NiD do ukonstytuowania się (takie zasady dotyczą grup, które funkcjonowały już w poprzedniej kadencji; nowych grup dotyczy już obowiązek posiadania 25 posłów z 7 krajów). Przede wszystkim zabraknie mu posłów z Ligi Polskich Rodzin, którzy na początku poprzedniej kadencji stanowili liczną część NiD. Także frakcja Unii na rzecz Europy Narodów (UEN) prawdopodobnie się rozpadnie, gdyż duża część jej posłów (głównie z PiS) założyła wspólnie z brytyjskimi Konserwatystami EKiR, lub przeszła do ALDE (irlandzka Fianna Fail). Nie wiadomo, czego oczekiwać po „sierotach po NiD i UEN”. Nigel Farage na pewno będzie chciał utworzyć własną frakcję, jednak obecnie może liczyć jedynie na 13 mandatów swojej UKIP, dwóch posłów greckiego Ludowego Ruchu Prawosławnego oraz francuskiego posła Ruchu dla Francji. To zdecydowanie za mało, by stworzyć samodzielną frakcję. O ile partiom centrowym, chadeckim czy socjalistycznym łatwiej jest znaleźć wspólną płaszczyznę ideową, o tyle ugrupowania uniosceptyczne mają problem polegający na tym, że w większości posiadają narodowo-konserwatywny lub nacjonalistyczny program. Nacjonalizmy zwalczają się nawzajem i stąd tak trudno było utrzymać się w poprzedniej kadencji frakcji Tożsamość, Tradycja, Suwerenność, której posłowie pokłócili się o integrację Turcji z UE oraz „brudnych Rumunów” zamieszkujących północne Włochy. Innym problemem uniosceptyków jest fakt, iż w wielu krajach wśród osób kontestujących współczesną UE jest po prostu mnóstwo wariatów i/lub populistów, pragnących zbić polityczny kapitał na antyunijnych hasłach. Z przyczyn medialnych wielu uniosceptyków woli także pozostać zmarginalizowanymi posłami „niezależnymi” — tak zdecydowała m.in. holenderska Partia Wolności Geerta Wildersa. „Smutni konserwatyści” żadną alternatywąTrudno powiedzieć, czy nadzieją dla osób realnie kontestujących zmiany w UE będą Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, której to grupy motorem są brytyjscy Konserwatyści, polski PiS oraz czeska Obywatelska Partia Demokratyczna, której członkiem do niedawna był prezydent Vaclav Klaus. Może się okazać, iż będzie to kopia UEN — ugrupowania uznawanego przez media za „eurosceptyczne”, którego główne siły, czyli Fianna Fail, PiS oraz włoska Liga Północna, są zwolenniczkami Traktatu Lizbońskiego. Już na samym początku brytyjscy Konserwatyści uniemożliwili grupie stanie się frakcją w miarę liczną, odmawiając prawa wstąpienia w szeregi EKiR napiętnowanych jako ksenofobiczne Ligi Północnej, oraz Duńskiej Partii Ludowej. W przypadku EKiR występuje zagrożenie, iż będzie ona różnić się od innych frakcji tym, że kolejne federalistyczne reformy będzie przyjmować „z niesmakiem”, jednocześnie nie robiąc zbyt wiele by im przeciwdziałać (swoją drogą w PE trudno robić „wiele”). Uniosceptyczna retoryka torysów pojawiła się z przyczyn pragmatycznych, jako odpowiedź na popyt na nią w Wielkiej Brytanii. Należy pamiętać, iż drugie miejsce w kraju w eurowyborach zajęła UKIP, wygrywając z rządzącymi laburzystami. Ponadto do PE dostała się także nacjonalistyczna Brytyjska Partia Narodowa, zaś inne partie uniosceptyczne uzyskały ponad 5 proc. głosów. Nie wykluczone, że gdyby Konserwatyści nadal należeli do frakcji chadeckiej, UKIP uzyskałby ponad 20 proc. głosów. I być może mogłoby zagrozić torysom w zwycięstwie w wyborach do Izby Gmin, które mają odbyć się za rok. Tegoroczne wybory nie przyniosły rewolucji Europie. Jednocześnie pokazały po raz kolejny, iż do tej pory nie powstała wspólnota europejska — nie w sensie organizacji, ale realnego poczucia wspólnego interesu obywateli UE. Nikłe zainteresowanie i mierny poziom dyskusji programowej (nie tylko w Polsce) ukazuje, że Unia Europejska to twór przede wszystkim polityków i biurokratów, nie zaś obywateli. W tym kontekście także wynik unioseptyków nie powinien nikogo dziwić, gdyż trudno głosować przeciwko czemuś, co człowieka po prostu… nie interesuje.
|
.
.
_________________________
DIFFICILIS IN OTIO QUIES
ME NEMO MINISTRO FUR ERIT