Trzy płaczące kościoły

Parafia w Bierdiansku powstała w 1857 roku i na budowę starego kościoła złożył ofiarę sam papież Pius IX. Kościół poświęcony został dopiero po 50 latach przez biskupa Jozefa Kesslera. Dziś na terenie starej świątyni mieści się niewielki park a obok Uniwersytet Pedagogiczny. Młodzież depcze to święte miejsce dniami i nocami, nie ma tam nawet pamiątkowej tablicy.

Szkoda, bo to był kościół dekanalny. Kapłani z tego dekanatu zamieszkiwali na terenie kilku obwodów: tawryjskiego, jekaterynoslawskiego i wojska donskiego. Teren tego dekanatu stanowi obecnie południowo-zachodnia część dzisiejszej diecezji charkowsko-zaporoskiej.

Zaintrygował mnie jednak fakt, że pod koniec epoki carskiej dziekani przenieśli swą rezydencję z wielkiego poniekąd miasta Berdiansk do niewielkiej kolonii Eichwald, która obecnie jest wioską zamieszkiwaną przez około 300 wieśniaków. Owszem są to katolicy, ale nie ma już niemieckich kolonistów, którzy zbudowali w 1871 roku ogromny kościół neogotycki. 100 lat temu proboszczem był Jozef Reter. Do kościoła uczęszczali Niemcy z 5 kolonii i 6 okolicznych chutorow a także z sąsiednich luterańskich, greckich i żydowskich wiosek. Należało wtedy do tego parafialnego kościoła 3917 dusz!!! Informacje na ten temat zbierałem pośród wielu przygód i nareszcie mogę z niej zrobić użytek.

1. Pielgrzymkowy dar

Po zakończeniu pierwszej pielgrzymki mariupolskiej, której przewodnikiem był o. Marcin-Sylwan Wirkowski, miałem wziąć zastępstwo w jego parafii, bo niespodzianie po miesiącu pracy przeniesiono go z Mariupola do Ventspilsu na Łotwie. Proboszcz i kustosz mariupolskiego sanktuarium był jeszcze na leczeniu w Polsce i trzeba było kogoś prosić o pomoc. Nie odmówiłem, choć bez tego miałem zaplanowane trzy Msze św. niedzielne w swoich parafiach.

Jechałem z przygodami. Wziąłem ze sobą aż 3 parafianki. Całą drogę odmawialiśmy różaniec 4 części z przerwami na remont opony w połowie drogi.

W Mariupolu parafianie przekazali mi zdjęcia z pielgrzymki na DVD i trzy skrypty z historii mariupolskiego kościoła i okolic.

Trafiły, jak sądzę, w dobre ręce. Właśnie przygotowywałem swoją parafię w Makiejewce do jubileuszu stulecia, Okazało się, że Mariupol wkrótce będzie celebrować 150-lecie poświęcenia swojej pierwszej świątyni, kto wie może do tego czasu powstanie nowa. Tymczasem podobnie jak w Bierdiansku pamięć o starej budowli deptana jest przez urzędników policji podatkowej, którzy starego budynku kościelnego nawet nie myślą zwracać prawowitemu właścicielowi tzn. parafii katolickiej. Tak jakby komunizm na Ukrainie Wschodniej dalej sobie istniał.

Przyjąłem z wdzięcznością podarunek od nieobecnego już ojca Sylwana, tymczasem naniosłem na mapę naszego województwa wszystkie niemieckie kolonie, o których mowa była w tekście, ze wskazaniem na istnienie tam kościołów.

2. W poszukiwaniu niemieckich pamiątek

Pierwsza pielgrzymka w okolice Eichwalda miała miejsce jeszcze zimą. Był mokry śnieg i oblodzone ulice. Towarzyszył mi sekretarz niemieckiego ziomkostwa Andrzej Baburkin-Weber. Na jego prośbę zboczyliśmy z drogi, by obejrzeć muzeum Hrabiego Korfa po sąsiedzku z greckim miasteczkiem Wielka Nowosiolowka.

Niemiecka wioska nazywała się Nieskuczne. Hrabia miał talent pedagogiczny. Urządził kursy dla wiejskich nauczycieli i stworzył w okolicy sieć kilkunastu szkółek zimowych, w których cłlopi z jego włości mogli otrzymywać pewną wiedzę. Szkółki przetrwały do Rewolucji i bolszewicy zrobili wyjątek i nie splądrowali pałacu Grafa. Zamieniono go na szkole, a w czasach niepodległości szkołę zamieniono na muzeum.

Szkoda, że o hrabim Korfie opowiada tylko część ekspozycji i tylko tak nawiasem z racji na to, że jego córka wyszła za mąż za współtwórcę MCHATU tzn, głównego teatru Moskwy. Niemirowicz-Danczenko, był sponsorem wszelkich twórczych projektów Stanislawskiego, toteż udało się z Moskwy do maleńkiej ukraińskiej wioski sprowadzić sporo eksponatów związanych z działalnością tego teatru. Czy hrabia Korf był katolikiem nie udało się nam ustalić. Wiadomo jednak, że jego działalność społeczna niezbyt podobała się carskim urzędnikom, toteż w porę wyjechał on do Szwajcarii i tam zdaje się zmarł w drugiej połowie 19 wieku.

Entuzjastyczny dyrektor muzeum, którego wspiera niemiecka wspólnota Makiejewki był na tyle wylewny, że nasz pobyt w Nieskucznoje przeciągnął się do wieczora i podjęliśmy decyzje wracać do domu. Do Eichwalda było zbyt daleko, zimowy dzień był zbyt krotki a pogoda nazbyt kapryśna by doprowadzić do skutku nasz zamysł. Ponadto jechaliśmy okrężną droga, by znaleźć wieś Elizawietowka, w której mieszkali niemieccy katolicy.

Współcześni mieszkańcy wioski przyznali, że w miejscowym leśnictwie żył stary Niemiec, ale dawno temu zmarł. Znaleźliśmy za to innego Niemca w sąsiedniej wiosce, który porozmawiał z nami krótko na podwórku. Pewnie by zaprosił nas do środka, gdyby nie to, że spieszyliśmy się i odmówiliśmy jego prośbie. Ponieważ był sezon kolędowy a ja miałem ze sobą luterańska kantyczkę zaśpiewałem o O DU HEILIGE, O DU FROLICHE. Mężczyzna wyglądał na 55 lat, niespodzianie wbrew naszym oczekiwaniom pociekła na jego twarzy łezka. Wszyscy krewni dawno wyjechali do Niemiec, a on pozostał, bo jego małżonka Rosjanka nie miała zamiaru z nim wyjeżdżać. Pozostał jej wierny.



3. Co to jest grzech

Pozna wiosna odbyło się spotkanie z polskim konsulem we wsi Sergiejewka pod Krasnoarmiejskiem. W tej wiosce w czasach Powstania Styczniowego rosyjskie władze osiedliły 155 polskich rodzin. Konsul zadeklarował chęć pomocy materialnej dla 20 dzieci z tej wioski przy organizacji wyjazdu na wakacje. Trwały przygotowania i dowiedziawszy się, że nie ma chętnych na wyjazd, odwiedziłem tę wieś razem z kolegą ks. Grzegorzem, który niedawno otrzymał dekret do pracy w Krasnoarmiejsku. Odwiedziny dały dobry skutek i z inicjatywy dyrektorki szkoły przygotowania grupy 14 osób rozpoczęły się.

Zadowolony tym sukcesem odbyłem podróż do sąsiedniego Aleksandrowskiego rejonu. Chciałem 6 wolnych miejsc przekazać greko-katolikom. Rozmawiałem z dwoma kapłanami i ich żonami. Wszyscy wyrazili chęć uczestnictwa w podróży do Polski.

Następnego dnia z rana miałem wziąć udział w innej ekumenicznej akcji: Charyzmatycy z "Kościoła Bożego" organizowali z pomocą amerykanów seminarium praktyczne dotyczące ulicznej ewangelizacji.

Przenocowałem na wsi 40 km od Kramatorska. Przyroda i pogoda były wyśmienite. Z początku nie odczuwałem zmęczenia. Dotarłem do Doniecka w rekordowym tempie

Miałem do pokonania 150 km, więc mimo wszystko spoźniłem się na zajęcia. Mało spałem tej nocy, bo długo gawędziliśmy z ks. Kochanskim i ks. Iwaniukiem.

Na miejscu w siedzibie protestantów odczułem dziwny niepokój i nerwowość. Kiedy zaczęli do mnie zbliżać się różni stewardzi z bejdzykami na bluzkach. Gdy w korytarzu zabrzmiał język angielski poczułem się jeszcze bardziej nieswojo.

Jeden z zamorskich pastorów uścisnął moja dłoń, pochwali, że się zdecydowałem na uczestnictwo w seminarium i postanowił mnie "wprowadzic w temat". Pomimo że zamieniliśmy kilka słów po angielsku on zawołał tłumaczkę i obcował ze mną z pomocą dziewczyny, która strasznie koślawiła jego wypowiedzi i docierało do mnie tylko jakieś wewnętrzne ostrzeżenie: "w nogi! Uciekaj gdzie pieprz rośnie!"

Nigdy bym sam siebie nie podejrzewał o taką panikę i do dziś nie mogę pojąć, co się ze mną stało. W każdym bądź razie w pobliżu przypadkowo znajdował się znajomy pastor, który dostrzegłszy mój wyraz twarzy probował wyjaśnić, co się ze mną dzieje i nawet przyjaźnie mnie objął. Ja byłem o jedna sekundę od szlochu.

Przeprosiłem jednak grzecznie obu pastorów i tłumaczkę i dałem dyla. Na podwórku zrobiłem dwa "kola honorowe", i nie mogąc zdecydować dokąd jechać i co robić z niespodzianie odzyskaną swobodą...przypomniałem sobie, że mam w samochodzie mapę, na której wielkimi czarnymi kółkami flamastrem były zaznaczone "moje niemieckie" wioski, do których tak długo nie mogłem się wybrać, całe pół roku.


4. Bergtal

Najpierw wypełniony adrenaliną po czubek głowy odwiedziłem wioskę Wolodarskoje, która tak została nazwana na cześć pewnego komunisty żydowskiego pochodzenia (o tym dowiedziałem się w miejscowym muzeum). Pierwsza nazwa wsi była zdaje się Laskawoje, potem Pokrowskoje, od tytułu miejscowej cerkwi.

W tych okolicach jest wielka kopalnia gliny porcelanowej i park krajobrazowy "kamienne mogiły", który przylega do granicy obwodu zaporoskiego, ale w całości mieści się na terenie Donbasu. Ponoć na liście "cudów Ukrainy", teren muzeum-skansenu jest na 10-tym miejscu. Przyczyną są nie tylko unikalne rośliny i piękne trzy kamienne skały, lecz również "scytyjskie baby", których tu się spotyka wiele i ,jak nam wyjaśniła przewodniczka z muzeum, stanowią same w sobie mogiły bogatych Scytów. Biedny człowiek nie mógł sobie pozwolić, by wyrzeźbiono mu na jego nagrobku podobieństwo kobiety ważące ponad tonę. Tym nie mniej zdarzają się przypadki kradzieży scytyjskich bab, co pozostawiam bez komentarza.

Połowa wiosek wolodarskiego rejonu miała niegdyś niemieckie nazwy np. Schoental z pięknym gajem brzozowym, dziś się nazywa Ksenowka.

Niemiecka wioska Bergtal, która stanowiła dla mnie nie lada zagadkę nazywa się dziś Respublika. W tej wiosce mieszkają do dziś 4 niemieckie rodziny. Nigdyś ich tu było kilkaset. Pierwszymi kolonistami byli przybysze z Zaporoza. Na legendarnej wyspie Hortyca, na której Chmielnicki dał pierwszy bój Polakom, zamieszkali pod koniec 18 wieku, wysiedleni z okolic Gdańska Mennonici, sekta tradycjonalistów. Oni właśnie w 1833 roku stracili swoje przywileje dane im na czas zagospodarowania i poprosili o nowe, gdy zdecydowali się osiąść pod Mariupolem. Tak trwało do 1871 roku.

Zdążyli zbudować sporych rozmiarów Dom Modlitwy i wiele domostw. Tym nie mniej zdecydowali się na porzucenie i tych okolic. Zamieszkali w Kanadzie i ich potomkowie niedawno odwiedzając Ukrainę przekazali do Wiejskiej Rady historyczne dokumenty. Sympatyczny starosta pozwolił mi skorzystać z tych dokumentów. Wynikało z nich, że opuszczając Bergtal mennonici sprzedali swe domostwa i Dom Modlitwy katolikom, nic więc dziwnego, że w dokumentach sprzed 100 lat o tej wiosce mówi się już, ze to "katolicka" wieś. Od starej budowli kościoła pozostały tylko fundamenty i piwnice.

Ciekawostkę jaką mi opowiedział starosta była obecność przesiedleńców z Polski. Z pamięci zacytował mi 4 rodziny w tym pana Adamusa w sąsiedniej wiosce po drodze do Rozowki.

Odwiedziłem starca. Potwierdził, że miał wtedy 7 lat i mało co pamięta. Zapomniał nie tylko polski język, ale nawet jakiego był wyznania i tylko pamiętał, że pochodzi gdzieś spod Hrubieszowa.

Ja tymczasem spieszyłem się do rejonowego miasteczka Rozowka, obok którego miała się znajdować legendarna wieś Urickoje, czyli dawny Eichwald. Starosta z Bergtala potwierdził, że kościół w Urickoje się zachował, więc leciałem niesiony wiatrem. Mój poranny niepokój znalazł nagle objaśnienie. Gdybym nie wyruszył w drogę właśnie tego pięknego dnia. Nie dotarłbym do Eichwaldu nigdy!

***

Wkrótce kolejny fragment...przeczytaj


Ks. Jarosław Wiśniewski
więcej tekstów ks. Wiśniewskiego
http://www.orient.to.pl/

0