Moja Parafia w pierwszy piątek

Kiedyś abp Kondrusiewicz w czasach, gdy obejmował Apostolską Administraturę w Moskwie, żartował sobie z polskich biskupów w ten sposób:

Zabrali mnie w swój samochód do Częstochowy. Przejechaliśmy 50 km i ktoś z nich powiada: ”Tu się zaczyna moja diecezja”, potem po jakiejś godzinie drugi mój kolega powiada:”Zobacz a tutaj już się zaczyna moja diecezja”. Zanim dojechaliśmy do Częstochowy było już pewnie z pięć diecezji, za pieć godzin jazdy. Wtedy ja im na to powiadam jak to czasami zdarza się jechać z Petersburga do Soczi a to jest 2500 km i trzy dni jazdy pociągiem.

Jade sobie jeden dzień, a za oknem moje diecezja, drugi patrze i znów moja diecezja, wysiadam w Soczi i cały czas jestem u siebie.

Metropolitę po 16 latach mozolnej pracy cichutko przeniesiono na Białoruś, bo za dużo podróżował i jako Polak nie podobał się w pewnych kręgach kościelnych panującej religii w Rosji.. Odetchnęliśmy z ulgą – nie skrywał pewien prawosławny metropolita, dziękując Watykanowi za krok ekumeniczny...Ja tymczasem wspominam sobie z nostalgią te czasy, gdy jadąc z Czity koleją transsyberyjską na Boże Narodzenie 1999 roku, też sobie żartowałem, bo do Chabarowska ta sama odległość co Petersburg-Soczi: pierwszy dzień, moja parafia, drugi dzień, moja parafia i tylko na trzeci dzień wjeżdżałem na chwilkę do Skoworodino w Amurskim obwodzie, gdzie pracowali Werbiści, zatrzymywałem się u amerykańskich misjonarzy Maryknoll w Chabarowsku i znowu leciałem samolotem ponad 2000 km na Kamczatkę, a tam też była moja parafia.

Toteż gdy przychodzi się na Donbasie każdy pierwszy piątek odwiedzać chorych, a mam ich na liście 12-tu i na każdego średnio poświęcam jedną godzinę z dojazdem, by pospowiadać i udzielić pierwszej komunii, to sobie z nostalgią za większą przestrzenią powtarzam refren:trzeba jechać dalej na koniec świata, bo to tez jest moja parafia!

Punkt zero

Makiejewka to nazwa miejscowości założonej przez kozaka Makieja. W czasach carskich, gdy nie istniał jeszcze obwód doniecki, połowa 40 tysięcznej stanicy, która nie miała jeszcze praw miejskich należała do Jekaterynoslawskiej Guberni (dziś Dniepropietrowska), druga polowa zaś należała do Obwodu Wojska Donskiego, czyli Kozackiego Kraju. Już wtedy była to niemała terytorialnie miejscowość złożona z francuskiego osiedla wokół huty, gdzie działał kościół św. Józefa z proboszczem o. Pio Neveu (dziś Sowkolonia), kilku osiedli robotniczych wokół kopalń należących do Hrabiego Ilowajskiego(np. osiedle Kapitolina od imienia córki hrabiego i nazwy kopalni, osiedle Zielone wokół kopalni Lenina dawniej Iwana, na cześć syna Hrabiego) i kilku kopalń inwestorów zagranicznych np. osiedle Boros od nazwiska niemieckiego przemysłowca. Dzisiaj miasteczko liczy pół miliona ludności, a więc jest większe od Katowic i ma terytorium większe niż Warszawa.

Można sobie lekko wyobrazić, że rozrzuceni na tym terenie nieliczni katolicy musza pokonać nie lada odległości, by dotrzeć do malutkiej kapliczki w centrum miasta. Raz w miesiącu ta sama przygoda pomnożona przez 12, bo tylu jak wspomniałem chorych odwiedzam, czeka i mnie, a potem każdego kapłana, który podejmie tu pracę. Pisze wiec mój tekst jako zachętę misyjna, bo jak za chwile się przekonacie, kapłaństwo w tym terenie to niezwykła przygoda.

4 lipca 2008r. pierwszy piątek zapowiadał się ulgowo. Na odległym o 10 km osiedlu Cholodna Balka jedna chora, pani Marcelina wyjechała na wakacje do krewnych w Zytomierzu i obiecała, że tam będzie sama chodzić do spowiedzi i do kościoła na pierwsze piątki jakie wypadają latem, drugi chory z tego osiedla, pan Jonas Kaczanauskas niestety zmarł miesiąc temu w pierwszą sobotę, zaraz po piątkowej komunii.

Ponadto pewien chory z odległego o 40km Szachtiorska wyjechał z dziećmi nad pobliskie Azowskie Morze i też obiecał przyjąć komunie sw. w Berdianskim kurorcie. Na mszy św. było zaledwie 6 kobiet, ale dla parafii, w której w niedziele bywa 30 osób, to wcale nie mało. Dwie staruszki spośród parafian jak zwykle towarzysza mi, by podtrzymać na duchu chorych i księdza, w podróży prowadza różaniec, koronkę, czy po prostu pomagają rozdawać gazety kościelne i małe upominki.

Msza św. trwała jak zwykle godzinę. Kilka osób wyspowiadałem na miejscu. Jedna staruszka po Mszy św. poczuła się źle i poprosiła, bym zadzwonił na taksi. Ja jednak postanowiłem odwieźć ją sam i już w głowie kalkulowałem, że to będą dodatkowe 20 km, które zdawało mi się, że zaoszczędzę. Babcia mieszkała na osiedlu Zielonym we wschodniej części miasta, a mój pierwszy chory wedle planu na osiedlu Zachodnim.

Na ten raz w pospiechu do 5 reklamówek zebrałem wszystko, co było w lodowce: jajka, drzemy, ogórki, pomidory, ciastka i cukierki. W wielu domach jakie odwiedzam chorzy żyją dostatnio, wiec nigdy nie ma potrzeby zabierać 12 reklamówek. Wieczorem po powrocie lodówka znów jest pełna, bo w tych dostatnich domach ja odbieram podarki.

Przeprosiłem 8-miu żebraków, którzy w czasie mszy św. czekają, że im wydam zupę w plastykowych kubeczkach. Na ten raz im nie powiodło, przeprosiłem ich, że wyjeżdżam w ważnej sprawie i byłem zdziwiony, gdy zamiast narzekań usłyszałem w odpowiedzi choroszo, otiec, spasibo Hospodi.

Tak więc wieziemy babcie Marię, która w parafii nazywają „bogatenka”, bo ma dwoje córek, które maja swoje samochody i jeszcze dwu wnuków zmotoryzowanych. Co z tego, kiedy do kapliczki najczęściej jeździ pieszo!

Jedziemy 5 km na osiedle Zielone i około 15 km od niej na osiedle Zachód.

20-ty km – ciocia Paulina

Paulina 15 lat temu miała wylew krwi do mózgu. Słabo chodzi i tylko wewnątrz mieszkania. Ręce ma bezwładne i drętwy język. Jej mowę rozumie tylko mąż, a ja na spowiedzi się tylko domyślam, i po oczach rozpoznaje akt skruchy. Pochodzi z Sumskiego Obwodu, ma polskie pochodzenie, ale jest Prawoslawna, co w danym wypadku oznacza, że w dzieciństwie ochrzczono ją w Cerkwi, ale potem nigdy więcej na żadne nabożeństwa nie uczęszczała.

Jej mąż Leonid, pochodzi z Obwodu Czerkaskiego, gdzie od dziecka przywykł chodzić do kościoła. Mógłby wezwać dla małżonki prawosławnego popa, ale wiadomo, że u prawosławnych nie ma zwyczaju częstej spowiedzi dla chorych i niektórym odwiedziny kapłana u chorego kojarzą się ze śmiercią. Ponadto zaproszenie popa to spory wydatek i najczęściej obowiązek znalezienia auta dla niego. Nic dziwnego, że oboje przyjmują moje usługi jako coś normalnego, bo przecież znamy się dobrze z licznych odwiedzin kolędowych i inicjatywa zrodziła się właśnie na kolędzie.

Pan Leonid ma bogatego syna i porządna górniczą emeryturę, toteż z tego domu zawszę wychodzę obdarzony nie tylko uśmiechem sparaliżowanej babci od ucha do ucha. Pan Leonid to człowiek wysportowany i trochę jakby zalękniony. Opowiadał mi na kolędzie o swych różnych trudnych sytuacjach w pracy i tragediach w rodzinie. Jest ostatnim żyjącym spośród 9-ciu braci. Większość zginęła na wojnie, a on jako najmłodszy trafił na inną kampanię w 1956r. na Węgrzech. To był horror dla niego, ale z radością podkreśla, że ochraniając jakiś most nie był raniony i z jego oddziału nikt nie zaginął, tym niemniej, choć nie krytykuje władz sowieckich za te agresje, bo wtedy Węgrów nazywano w ZSRR faszystami, i młodzi chłopcy zapewne tak rozumieli te Powstanie, tym niemniej za bohatera się nie uważa. Mieszka na drugim pietrze czteropiętrówki. Tradycyjnie daruje mi pomarańcze, a ostatnio nawet cytryny i słodką dynie, jak się domyślam z własnego ogródka.

Leonid nie był na mszy świętej tydzień wcześniej, bo był zaziębiony więc oprócz babci na ten raz i on się wyspowiadał i przyjął Najświętszy sakrament. Mimo że czuł się nie najlepiej odprowadził nas jednak do samochodu.

27-my km – Babcia Wanda

Babcia Wanda mieszka w centralnej części miasta na parterze czteropiętrówki. Miejscowi nazywają te osiedle „92-kvartirny”, bo obok stoi 9-ciopietrówka na 92 elitarnych rodzin. Tam do niedawna mieszkała przyjaciółka Wandy Cezia, długie lata chodziły razem do kapliczki, lecz trzy lata temu Cezi odmówiły nogi posłuszeństwa i po 2 latach posługi pierwszopiątkowej, odprowadziłem babcie na cmentarz.

Wanda na liżcie chorych zajęła jej miejsce. Ma 82 lata, do niedawna chodziła do kapliczki codziennie, a ostatnio nie widze jej nawet w niedziele po 2 i 3 tygodnie. Ma miłą powierzchowność, zawsze się uśmiecha. Księdza nazywa na ty, bo chyba uważa za kogoś z rodziny. Zapytałem ją ostatnio, jak ma na imie, po chwili namysłu przypomniała sobie, niestety mojego imienia już nie pamięta. Przyznała się, że z rana była w sklepie, ale co tam kupiła nie wie. W mieszkaniu straszny bałagan, rozrzucona na półkach zdjęcia i kościelne obrazki, pusta lodówka i na płycie gazowej włączona kamforka, właśnie sobie babcia upiekła jajecznicę na obiad. Na stole leży jedna konserwa rybna i kawałek suchego chleba. Rzeczywiście, wygląda na to, że babcia była w sklepie, ale nic tam nie kupiła.

Po sąsiedzku mieszka jej córka, ale wygląda na to, że nie często ja odwiedza. W mieszkaniu są dwa pokoje więc dwie moje towarzyszki zostały w pokoju gościnnym adorować najświętszy Sakrament, a ja w sypialni wyspowiadałem staruszkę. W tym domu zawsze pozostawiam drobne upominki i trzeba szybko uciekać, bo babcia szuka pieniędzy, żeby się odwdzięczyć.

30-ty km – Maria Stefanowna Nowicka

Mówiąc po polsku: Maria córka Stefana. Mieszka na trzecim pietrze na osiedlu Czeromuszki, po polsku „wygwizdowo”. Przystanek niedaleko jej domu nazywa się „Puszka”. Do niedawna odwiedzałem jej o 6 lat młodszą siostrę Wiktorię. Od czasu do czasu w ramach odwiedzin chorych odwoziłem Marie do Wiktorii albo z powrotem, bo mimo swych 86-ciu lat Maria opiekowała się młodsza zniedołężniała siostra.

Pochodzą obie z Białej Cerkwi pod Kijowem. Wiktoria na wiosnę upadla z łóżka wieczorem i mimo że sąsiadka o tym wiedziała, to nie miała sił jej podnieść i nikt z sąsiadów nie przyszedł na pomoc. Zanim ją wyspowiadałem trzeba było z pomocą moich parafianek ją na łóżko podnieść. Ten obrazek na długo pozostał mi w pamięci. Kobieta mocno wywichnęła nogę, leżała w kałuży własnego moczu.

Niestety nie ma w tych stronach hospicjów, a bardzo by się przydały, bo znieczulica najbliższej rodziny powoli udziela się i mnie, i moim parafianom. Tak jak w Indiach zaczynamy myśleć, że to taka nasza karma i nic się nie da zrobić. Tymczasem gdy po Wielkanocy, Wiktoria zmarła, jej dom w ciągu jednego dnia wybielono, posprzątano i dwie córki z mnóstwem wnuków szczerze opłakiwali babcie. Urządzili piękny pogrzeb i nie zapomnieli zaprosić kapłana. Okazało się, że ta babcia tez była „bogatenka”, całą emeryturę oddawała dzieciom i wnukom, miała w domu telefon mobilny, ale odwiedzin bliskich czekała tygodniami. Owszem zapłacili sąsiadce by się opiekowała, ale to była opieka fikcyjna. Sąsiadka też stara i znerwicowana osoba, nie mówiąc o staruszce Marii.

Takie szczegóły z czasem dowiedziałem się właśnie od starszej siostry, która często ku memu zdziwieniu modliła się głośno słowami Boze daj śmierć Wiktorii, czym prędzej. Maria była w młodości listonoszką, pięknie śpiewała na licznych uroczystościach. Ma dzieci i wnuków, którym podobnie jak Wiktoria wcześniej oddala duże mieszkanie i dacze, a teraz oddaje emeryturę, ale też jest bardzo samotna.

Toteż po spowiedzi, która się dokonuje w malutkiej kuchence jednopokojowego mieszkanka, ona nas prosi, aby nie odchodzić od razu, ale posiedzieć, porozmawiać, bo nie bardzo ma z kim. Parafia, to dla niej prawdziwa rodzina...Na Czeromuszkach mieszka ciocia Dusia Werminska, ma ponad 70 lat, ale zgodziła się od czasu do czasu odwiedzać Marie, można by rzec taka parafialna samopomoc. Szkoda, że w innych przypadkach nie udaje się poprzez posługę samych parafian rozciągnąć pierwszy piątek na inne dni tygodnia. Kilka lat temu chodziła do kapliczki, ale ostatnio trudno jej zejść na pierwsze piętro, więc długo wygląda przez okno na ulice w każdy pierwszy piątek i gdy przyjeżdżam zrzuca mi z 3-ciego pietra klucz od klatki schodowej.

Kiedy odjeżdżam znowu wygląda i macha rączkami jakbyśmy się widzieli po raz ostatni.

Wkrótce druga część...kliknij i przeczytaj


Ks. Jarosław Wiśniewski
więcej tekstów ks. Wiśniewskiego
http://www.orient.to.pl/