Pasożytnicza sztafeta

"Staszek chciał spróbować swoich sił w biznesie. Dlaczego nie miałem mu dać szansy" - słynne zapytanie sprzed lat jednego z ministrów w rządzie SLD oburzało komentatorów nie tyle treścią samej wypowiedzi, co nadmierną "szczerością" jej autora.

Rządy SLD przeszły do historii. Za to "Staszkowie" pozostali. Politycy kolejnych ekip rządowych nie zrezygnowali z obsady zarządów i rad nadzorczych państwowych firm ludźmi związanymi z ich ugrupowaniami. Działacze partyjni, zamiast zrezygnować z pasożytowania wolą... wskazywać, że inni robią to samo!

Najwyższa Izba Kontroli ma właśnie zbadać przykłady nepotyzmu i kolesiostwa w spółkach skarbu państwa za rządów PO i PiS.

- Dysponuję listą około stu nazwisk politycznych nominatów PO i PSL w spółkach skarbu państwa - informował niedawno jeden z posłów Prawa i Sprawiedliwości.

- Obecny rząd nie ma nic do ukrycia. Myślę, że ciekawsze będą wyniki kontroli z czasów PiS - ripostował w mediach przedstawiciel Platformy Obywatelskiej.

Rozmowy na temat politycznego pasożytnictwa podnoszą też temperaturę wewnątrz koalicji rządowej. Zdaniem zajmującej się w rządzie walką z korupcją Julii Pitery, obsadzanie stanowisk w agencjach rolnych przez krewnych prominentnych polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego oznaczać może nepotyzm.

- To nagonka! Niech PO ma się na baczności, bo zaczniemy badać, kim oni obsadzają stanowiska w administracji - komentował zarzuty poseł Eugeniusz Kłopotek z PSL.

Jak widać uczestnicy pasożytniczej sztafety dobrze się bawią i nie zamierzają przerywać swego biegu po stanowiska w "państwowym biznesie".

_________________________________________________
Tekst opublikowany w Naszym Dzienniku
_