WydarzeniaPublikuj na PNTeraz czytaneZaloguj sięPrace Prawicy.net |
Czterdzieści lat minęło, albo zabrania się zabraniać...
Autor: Bogdan Pliszka, pi, 16/05/2008 - 08:58
Francja już od wieków jest "chorym człowiekiem Europy", mimo że jakieś sto lat temu w ten właśnie sposób nazywano Turcję, rzeczywistość pokazuje, że nawet jeśli była to prawda, to na pewno niepełna. "Encyklopedyści", jakobini, "sankiloci", "utopijni" socjaliści, "Grand Orient" to tylko wierzchołek zjawisk tyleż dziwnych, co niebezpiecznych wywodzących się z Francji. Co więcej, bodaj ostatnim "chłopem z jajami" w historii tego państwa była...święta Joanna d’Arc, którą "wdzięczni" rodacy spalili na stosie! Co gorsza, w przeciwieństwie do Turcji, która "chorowała" sobie w samotności i zapomnieniu, Francja była – i jest – pacjentem, który swoją chorobą zaraża gdzie i kogo tylko może, uważając przy tym, że zakażenie jest dla kolejnego zainfekowanego rodzajem wtajemniczenia, wzniesienia się na poziom świadomości niedostępny przeciętnemu śmiertelnikowi. Takoż było w "oświeconym" wieku XVIII, takoż i było w, minionym właśnie, wieku XX. Powojenne lata w Europie Zachodniej należały, być może po raz pierwszy w historii, do jednoznacznie optymistycznych: ciągły wzrost gospodarczy, wyciszenie antagonizmów między trzema głównymi graczami( Brytanią, Niemcami i Francją ), względna jedność wobec sowieckiego zagrożenia, rosnący dobrobyt – praktycznie wszystkich – warstw społecznych i... nuda spowodowana sytością, dawały impuls do poszukiwania emocji, adrenaliny, przygody... Czasy gdy większość musiała ciężko pracować "na chleb" wszak minęły, tak jak minęły czasy gdy awanturnicy zostawali odkrywcami, albo zaciągali się do wojska, by szukać swego szczęścia w mniejszych i większych wojnach kolonialnych, co gorsza, same imperia kolonialne przechodziły nieubłaganie do historii. Do przeszłości należały też epidemie dziesiątkujące gęsto zaludnioną Europę i w sposób naturalny regulujące przyrost demograficzny. Pod koniec lat '60 w dorosłe życie zaczęło wchodzić pokolenie nazywane za Atlantykiem baby boomers, spłodzone przez żołnierzy powracających z frontów II wojny światowej; liczne, syte i...nieodpowiedzialne. Przez całe wieki 20-latkowie byli dojrzałymi emocjonalnie ludźmi, od których wymagano podejmowania decyzji, 18, a często 16-letnie kobiety zostawały matkami, 40-latkowie uchodzili za ludzi leciwych...Ale oto po raz pierwszy – może od czasów starożytnych – poziom życia wzrastał, a czas życia się wydłużał. Konsekwencje jakie to za sobą pociągało miały zarówno wymiar psychologiczny, socjologiczny jak i ekonomiczny. Wymiar psychologiczny polegał z jednej strony na niedojrzałości emocjonalnej dwudziestokilkuletnich ludzi, z drugiej zaś strony na przyzwoleniu, na ową niedojrzałość. Nie tylko więc można było pozostać "dużym dzieckiem", ale też otoczenie wcale nie wymagało innych zachowań. Nie było w tym nic dziwnego; jeśli ludzie sto lat wcześniej uchodzący za "starców", a mający 50 czy 60 lat, nadal byli aktywni zawodowo, to można było pozwolić dwudziestokilkulatkom "się wyszumieć". Socjologicznie "młodzież" po raz pierwszy była postrzegana jako odrębna grupa społeczna. Grupa, która w związku z tym artykułuje swoje grupowe interesy, i która ma świadomość własnej odrębności. Co więcej życie młodego człowieka sprzed drugiej wojny światowej i z lat '60 XX wieku, to były inne rzeczywistości. Każdy kto czytał "Wspólny pokój" Uniłowskiego i miał okazję porównać to co tam opisano z rzeczywistością lat '60 musi zauważyć nieprzystawalność obu "matriksów"; dla studenta z lat '30, studia były etapem w życiu, kiedy – często kosztem ogromnych wyrzeczeń – zdobywał kapitał intelektualny mający zapewnić mu lepszą przyszłość, ale już dla studenta z lat '60 był to raczej okres przedłużenia dzieciństwa, beztroski i zabawy. Działo się tak często nawet w biednej Polsce, cóż więc powiedzieć o bogatych państwach Zachodu? Ekonomicznie również młodzież jawiła się jako odrębna kategoria, a zarazem cel działań marketingowych. Stypendia państwowe i uczelniane, kieszonkowe z domu, a przy tym brak czesnego czy tanie akademiki czyniły z młodzieży grupę potencjalnie bogatych klientów. Nie jest zapewne przypadkiem, że właśnie w latach 60-tych rozpoczęła się "rockowa rewolucja", przejawiająca się często w ilości sprzedanych płyt i...zarobionych przez koncerny muzyczne, impresariów, a czasami nawet muzyków pieniędzy. Jeśli dodać do tego umiejętnie lansowaną "młodzieżową" odzież, skutery, "gadżety" to obraz pokolenia powoli staje się pełny. To znudzone, bogate, nieodpowiedzialne i "pryszczate" młode pokolenie zaczęło dość szybko szukać podniet. Wszak "każde pokolenie musi mieć swoją wojnę", a lata 60-te tej właśnie podniety były pozbawione. Toczyła się, co prawda wojna w dalekim Wietnamie, ale trafiali na nią – przeważnie - rówieśnicy zza Atlantyku. Zresztą również, do czasu. Oczywiście nawet będąc przeciwnikiem, czy wręcz jawnym wrogiem, Ameryki można było – przynajmniej – spróbować – pojechać do Wietnamu Północnego i zaciągnąć się czy to do armii tegoż państwa czy to do "lewicowej" partyzantki w Wietnamie Południowym – Vietcongu. Czy to jedna niezdrowy klimat, czy może brak porannej cafe au lait i croissantów powodowały wyraźną niechęć francuskiej młodzieży dla takich działań. Pod koniec kwietnia 1968 roku jedna z francuskich bulwarówek oświadczyła na pierwszej stronie "Paryż się nudzi!", uważając najwyraźniej, ze życie powinno być albo pasmem zabawy, albo... Rzeczywistość miała niebawem dać odpowiedź na to zawieszone w próżni pytanie. Oczywiście każda "rewolucja" potrzebuje impulsu, iskry, katalizatora, by w ogóle się rozpocząć. W Paryżu za taki katalizator posłużył postulat wprowadzenia ...koedukacyjnych akademików, a ponadto "demolka" jednego z klubów lewackiej młodzieży studenckiej przez bojówkę Czarnych Szczurów – radykalnie prawicowej organizacji (...ruchu...środowiska?) usuniętej nawet z Frontu Narodowego. Cóż, w tych dawnych czasach nawet seksualni rewolucjoniści uważali, że nie da się "robić" rewolucji seksualnej w czysto męskim lub czysto żeńskim gronie. Był to tylko pretekst, albowiem aktywiści radykalnej lewicy już od dawna szukali okazji, by "ruszyć z posad bryłę świata". Aktywny i dziś w życiu politycznym Danny Cohn – Bendit (wraz z ze swym bratem Gabrielem) już wcześniej wydali broszurę "Lewicowy radykalizm forsowną kuracją przeciwko starczej chorobie komunizmu". Pod tym malowniczym, choć nieco przydługim tytułem, kryły się postulaty, realizacja, których miała według autorów tchnąć nowego ducha w ruch komunistyczny. Poza wściekłym atakiem na konsumpcyjne społeczeństwa Zachodu, dzieło to w niewybredny sposób atakowało również państwa bloku wschodniego na czele ze Związkiem Sowieckim. Zarzucano państwom realnego socjalizmu brak rewolucyjnego zapału, biurokratyzm, upaństwowienie komunizmu czy nawet przejmowanie wzorców konsumpcyjnych z Zachodu. Jako przykład do naśladowania wskazywano zaś targane rewolucją kulturalną - Chiny. Georges Marchais, sekretarz generalny Francuskiej Partii Komunistycznej nazwał co prawda Cohn – Benditów "niemieckimi anarchistami", ale zarówno treść głoszonych przez nich poglądów, jak i fakt, że w Niemczech nigdy(!) nie pojawił się nawet zalążek silnego ruchu anarchistycznego, zadaje kłam tej tezie. Gwoli historycznej prawdy, należy w tym miejscu dodać, że w maju '68 roku Daniela Cohn – Bendita w Paryżu nie było. Wydalony z Francji prowadził "rewolucyjną robotę" we Frankfurcie, poznając przy okazji – nieżyjącego już dziś - Rudiego Dutschke, Joschkę Fischera oraz kilku innych późniejszych założycieli...Partii Zielonych. Rewolucja francuska odwoływała się do idei encyklopedystów, rewolucja bolszewicka do idei Marxa i Engelsa, rewolucja narodowo – socjalistyczna do idei – uważającego siebie za Polaka, a Niemców za "podludzi" – Nietzschego. Rewolucja studencka '68 głosiła zaś hasło "3 M" – Marx, Mao, Marcuse, gdzie Karl Marx miał oznaczać Boga, Herbert Marcuse Proroka, a Mao Tse tung Miecz "nowej religii".. Marx jak wiadomo był niemieckim XIX- wiecznym filozofem głoszącym potrzebę wyzwolenia proletariatu z kapitalistycznego ucisku. Nawiązująca do gnozy idea, zakładała możliwość "samozbawienia" proletariatu i budowę "raju na Ziemi", gdy tylko robotnicy, w miejsce kapitalistów, staną się właścicielami środków produkcji. Pewien kłopot polegał na tym, że o młodzieży czy studentach Marx nigdzie się nie wypowiadał. Jednak przy pewnej intelektualnej elastyczności i ten problem dało się obejść. Druga postać to Mao Tse – tung (w transkrypcji pin –yin, nijak nie przystającej do polszczyzny zwany Mao Zedong). Przywódca Komunistycznej Partii Chin i jej główny ideolog, z własnego zresztą nadania. Mao przeinterpretował marksizm tak, by pasował do przedindustrialnego, chłopskiego społeczeństwa chińskiego. Po dojściu do władzy w 1949 roku okazał się przywódcą nieudolnym i słabym. Powoli odsuwany w cień, po klęsce "wielkiego skoku" i fali ostrej krytyki w łonie partii postanowił wrócić do władzy proklamując w 1966 roku "rewolucję kulturalną". Hasła owej rewolucji nie mogły nie podobać się radykalnie lewicowej młodzieży w Europie. Wszak jej motorem napędowym była...właśnie młodzież! To młodzieżowe bojówki hunwejbinów odsuwały od władzy komitety partyjne. To Czerwona Gwardia zaprowadzała w całych Chinach nowy "porządek" niszcząc przy okazji resztki starych Chin...Nie tylko zresztą materialne. Nic dziwnego, że w porównaniu z "nobliwym" Związkiem Sowieckim, Chińska Republika Ludowa jawiła się prawdziwą "ojczyzną rewolucji". Ostatnim "M" był wywodzący się z Niemiec, amerykańsko - żydowski filozof i socjolog Herbert Marcuse. Marcuse był jednym z dwu, najbardziej znanych – obok Theodora Adorno - przedsawicieli "Frankfurter Schule" wywodzącej się z Uniwersytetu we Frankfurcie nad Menem. Szkoła franfurcka (znana też pod oficjalną nazwą Instytutu Badań Społecznych) prowadziła swą działalność najpierw w Niemczech, a po dojściu NSDAP do władzy we Francji, zaś od 1939 roku w Stanach Zjednoczonych na nowojorskim Uniwersytecie Columbia. Szkoła frankfurcka zwana często neomarksizmem próbowała łączyć klasyczny marksizm z teoriami psychologicznym Freuda. Co więcej przedstawiciele neomarksizmu odrzucali prymat proletariatu, na rzecz prymatu intelektualistów, młodzieży, studentów czy "mniejszości". Robotnicy nie mogli wszak być nosicielami rewolucji, gdyż stracili swój rewolucyjny zapał, pozwalając się skorumpować samochodami i domkami na przedmieściu. Ponieważ jednak marksizm nie może istnieć bez klasy uciskanej, która przewidziana jest na awangardę rewolucji, ktoś musiał robotników w tej roli zastąpić. Studenci i intelektualiści wydawali się idealną kandydaturą na "nowy proletariat". Co więcej sposobem wyzwolenia się z pęt "społeczeństwa represyjnego" był... seks! Oczywiście Marcuse (ale i inni przedstawiciele nowej lewicy)mieli świadomość, że zdecydowana większość populacji uprawia seks...Dla przyjemności...dla prokreacji...a bodaj nawet dla pieniędzy, ale... czym innym przecież jest świadome(!) uprawianie seksu. Po to by wyzwolić się z pęt religijnej, konserwatywnej, mieszczańskiej moralności...Trudno się dziwić, ze tak pojmowana rewolucja zyskała rzesze zwolenników wśród nastoletnich "komunistów", którzy wszak normalnie zyskaliby miano dziwkarzy, czy wśród nastoletnich "lewicowych radykałek", które normalnie nosiłyby niechlubne miano...k**ew. Idea była zresztą tym ciekawsza, że nie narzucała minimalnej, a co, może jeszcze bardziej istotne, maksymalnej liczby partnerów, z którymi można było uprawiać..."rewolucyjną robotę". Ciekawą jest postawa Związku Sowieckiego wobec wydarzeń z maja '68. Oficjalnie wszak Moskwa nie mogła poprzeć rozruchów w państwie, z którym utrzymywała stosunki dyplomatyczne, i które przy każdej nadarzającej się okazji dystansowało się od głównego przeciwnika Związku Sowieckiego w zimnej wojnie – Stanów Zjednoczonych. Sowieckim przywódcom nie mogła też podobać się krytyka ze strony ideologów "majowej rewolty". Kto to widział, żeby porównywać ojczyznę światowego proletariatu do imperialistycznej Ameryki i to z korzyścią dla Ameryki! Nerwowość budził też zapewne podziw dla "prawdziwie rewolucyjnych" Chin, ostro skonfliktowanych w tym czasie ze Związkiem Sowieckim. Co gorsza pełnego i bezwarunkowego poparcia udzieliła studentom IV Międzynarodówka – organizacja komunistyczna założona jeszcze przez Lwa Trockiego i zaciekle atakująca Związek Sowiecki i inne państwa bloku wschodniego za zdradę rewolucji i biurokratyzm. Tak właściwie to swego poparcia udzieliły nawet wszystkie cztery(!) Czwarte Międzynarodówki. Faktem jest, że najbardziej dogmatyczna i stalinowska (może obok portugalskiej) Francuska Partia Komunistyczna zdecydowanie odcięła się od zrewoltowanych studentów, co więcej zakazała strajkującym pod auspicjami komunistycznej centrali związkowej CGT, robotnikom przemysłu samochodowego jakichkolwiek kontaktów z „anarchistami”. Czujne oko „dziennikarzy” TASS wyłowiło w rewolucyjnym gąszczu zapewne jeszcze inną efemerydę – sytuacjonistów. Sytuacjoniści byli francuską grupą artystów, intelektualistów i rewolucjonistów społecznych która wyodrębniła się w połowie lat '50 z ruchu letrystów (Lettrist International). Sytuacjoniści wzorem letrystów poszukiwali sposobu na syntezę poezji, architektury, muzyki i działalności rewolucyjnej w jedną, spójną całość. Początkowo zaprzątała ich wzorem surrealistów i dadaistów problematyka "stłumienia sztuki", czyli włączenia sztuki z powrotem w ciągły proces "życia codziennego", gdzie nie byłoby możliwości podziału społeczeństwa na kategorie twórców i odbiorców, do którego doszło w ramach historycznych procesów podziału ról społecznych. W 1957 r. założyli oni magazyn "Internationale Situationniste", na łamach którego publikowali swoje poglądy na współczesną kulturę, sztukę i społeczeństwo. Byli zdania, iż powojenne stadium kapitalizmu doprowadziło do tego, że społeczeństwo zostało podzielone na producentów i konsumentów oraz widzów i aktorów, co zablokowało i zafałszowało prawdziwą twórczość. Byli zatem przeciwnikami pracy, która powodowała w systemie kapitalistycznym "alienację" i zwolennikami "przenicowania" (divertissement) całego systemu, czyli skierowania skanalizowanej przez pracę energii w rejony spontanicznej twórczości. Ich głównym postulowanym żądaniem stała się "rewolucja życia codziennego", czyli wyzwolenie wyobraźni z sideł "spektaklu". Zakładali zaś, że po rewolucji to nie grupa ludzi, ale wszyscy będą rozporządzać swoim życiem wg własnej woli oddając się wymyślonym przez nich samych, sytuacjonistycznym technikom tj. "dryf", które wcielać miały już na zawsze sztukę w życie. Pomysłom na rewolucję towarzyszyły utopijne koncepcje przyszłego społeczeństwa, a także niesnaski w łonie grupy powodowane odmiennością zdań na ten temat wśród jej członków. W początkach rozwoju grupy współtworzyli ją głównie artyści, z których najbardziej znanym był Asger Jorn, aby w miarę rozwoju działalności skupiać wokół siebie coraz więcej lewicowej i lewackiej inteligencji. Od około 1962 r. sytuacjoniści coraz bardziej zaczynają krytykować nie tylko sferę kulturalną, ale także społeczno-polityczny wymiar kapitalistycznej rzeczywistości odnosząc także swoją krytykę do kultury w ogóle i zaczynając budować swoją teorię na gruncie kontrkultury. Jako główna osobowość grupy objawia się Guy Ernést Débord który współtworzył wcześniej grupę letrystów i zrealizował na jej gruncie kilka obrazów filmowych tj. "Hurlements en faveur de Sade" (1952). Zainspirowani przez lewicowy magazyn "Socialisme on Barbarie", sytuacjoniści zainteresowali się historią ruchu anarchistycznego z okresu I Międzynarodówki , a w szczególności anarchizmem hiszpańskim, anarchizmem z Kronstadt i Machnowszczykami. W ZSRR widzieli kapitalistyczną biurokrację i wypaczenie pierwotnych idei, choć opowiadali się za klasyczną władzą "rad robotniczych". Nie byli jednak skrajnymi anarchistami, gdyż przejęli elementy marksizmu poprzez włączenie do swoich teorii krytyki "alienacji życia codziennego", głoszonej przez Henri'ego Lefebvre'a. Na płaszczyźnie społecznej uważali, że ruch rewolucyjny w zaawansowanych technologicznie krajach kapitalistycznych powinien być prowadzony przez "znacząco powiększony proletariat", w którym większość stanowiliby robotnicy fabryczni. Nie chcieli jednak ustanawiać żadnej organizacji ani przywództwa. Rewolucję proletariacką widzieli jako mającą służyć zaspokojeniu maksymalnej przyjemności. Faktycznie, do końca pozostali elitarną, awangardową grupą artystów, z której szybko usuwano wszystkie objawy sprzeciwu wobec głównej linii programowej reprezentowanej przez zdanie przywódcy - Guya Déborda. W swoich głównych założeniach sytuacjoniści twierdzili, że kapitalizm doprowadził do transakcyjności wszystkich związków i wartości w społeczeństwie Zachodu i zredukował całe życie do "spektaklu", co jest kluczowym terminem ich krytyki społecznej. W wielu punktach zrewidowali teorię Marxa na alienację pracy, która powoduje wyjałowienie ludzkiego ducha i powiększanie wypracowanych zasobów, które ciągle pomniejsza faktyczny stan rozporządzania dobrami materialnymi przez klasę pracującą. Rozwijając jednak teorię Marxa doszli do wniosku, iż w obecnym stadium rozwoju kapitalizm chroniąc ekonomię wzrostu gospodarczego kreuje pseudo-potrzeby w celu zwiększenia konsumpcji zmieniając marksistowski akcent położony na świadomość determinowaną przez procesy produkcyjne poprzez przesunięcie go na procesy konsumpcyjne. W ramach 'społeczeństwa spektaklu' technologia zakończyła już swoją misję zapewnienia człowiekowi przewagi nad naturą doprowadzając w obecnym stadium do postępującego rozwarstwienia majątkowego i zwiększającej się hierarchii jednostek w oparciu o przeznaczone im role społeczne, a nie majątek, ponieważ nawet ten został całkowicie oderwany od swej materialnej funkcji coraz bardziej przybliżając się do sfery czysto wyobrażeniowej, którą nęci się potencjalnych konsumentów utrzymując ich w sidłach sztucznie wytworzonych pragnień, co nie pozwala na stawianie kroków do przodu i rozciąga przepaść pomiędzy tym co jest i co może być. Z tego powodu uznaje się czasem sytuacjonistów obok Szkoły Frankfurckiej za przedstawicieli neomarksizmu. Wyzwoleniu z sideł "spektaklu" miała służyć "rewolucja życia codziennego", która miała dziać się TU I TERAZ. Przekształcanie percepcji rzeczywistości i rewolucja społeczna zostały u sytuacjonistów zrównane; wyzwalając się z sideł własnej niemocy jednostka tym samym odmieniała wszystkie relacje z innymi członkami społeczeństwa wpływając dzięki temu na całą strukturę społeczną. Do takiej transformacji służyć miało konstruowanie "sytuacji" przekraczających konsensualną, kulturowo uwarunkowaną logikę i wyzwalających w jednostce "energię niezwykłego". Takimi technikami były min. dryf oraz detournament - wywodzące się z dokonań artystycznych dadaistów i surrealistów. Sytuacjoniści wspierali także nielegalne strajki, akty sabotażu i wandalizmu jako czynniki destabilizujące "ekonomię towarową" oraz "społeczeństwo spektaklu", prowadzące do rewolucji. Rolą sytuacjonistów w tym procesie miało być jedynie uświadamianie masom znaczenia tego co już robią. W miejsce aktualnego społeczeństwa proponowali nowe oparte na komunizmie, w którym nie byłoby pieniędzy, produkcji towarów, siły roboczej, klas, prywatnej własności i państwa. Bezpośrednie rządy objąć miały "rady robotnicze" rozumiane jednak w duchu anarchokomunistycznym jako "zgromadzenia suwerennych i równych rangą jednostek", które miały być organami demokracji bezpośredniej. Łączyć się one miały na szczeblu lokalnym, narodowym i ponadnarodowym. Ich delegaci mieli być wybierani przez zgromadzenie i podlegać odwoływaniu. W swoich teoriach utopijnych zbliżali się i odwoływali bezpośrednio do Bakunina, jednak różnili się od założeń tradycyjnego anarchizmu w zasadniczych kwestiach takich jak znaczenie "klasy robotniczej" w procesie rewolucyjnym czy sposób narzucania swoich pomysłów masom kładąc o wiele większy nacisk na wewnętrzne pragnienia jednostek i indywidualną świadomość wewnętrznego procesu rewolucyjnego. Kapitalistyczne pseudo-potrzeby miały być w ich systemie zastąpione prawdziwymi pragnieniami, a ekonomia zysku miała opierać się na zwiększaniu przyjemności, co zbliża tu sytuacjonistów do crowleyowskiej thelemy. Nie byłoby także podziału pracy oraz rozdziału pomiędzy pracą i zabawą, a społeczeństwo to opierać się miało na miłości do czystej zabawy, która miała być odmową dla bycia rządzonym, dla poświęcania się oraz grania ról. Część z tych założeń była postulowana już wcześniej przez takich myślicieli jak Charles Fourier. Ponad wszystkim jednak życiem każdej jednostki w nowym społeczeństwie miała rządzić zasada ciągłego rekonstruowania każdego momentu swojego życia w oparciu o świadome tworzenie nowych "sytuacji". Czytając założenia ruchu sytuacjonistycznego można domniemywać, że "eksperymenty kwasowe" jak i inne "doznania poszerzające świadomość" nie były – przynajmniej ideologom ruchu – obce. Ciekawie przedstawia się sytuacja wśród samych studentów. Jak łatwo można się domyśleć większość potraktowała wydarzenia maja '68 jako kolejną okazję do zabawy...Dość swoiste juwenalia. Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie czy np. transparent na kołyską głoszący, iż "TYLKO ZDROWY, PROLETARIACKI SEN ZAPEWNI PRAWIDŁOWY ROZWÓJ TOWARZYSZA NIEMOWLAKA", był li tylko wygłupem, być może spowodowanym nadużyciem przez matkę "środków poszerzających percepcję" czy może była to autentyczna deklaracja "wierzącej rewolucjonistki"? Polska producentka filmowa Anna Milewska tak opisuje swój pobyt w Paryżu owładniętym "rewolucją":
"Rewolucja majowa" skończyła się dość szybko. Już w czerwcu sytuacja praktycznie wróciła do normy. Niestety część z zaangażowanych ideowo działaczy najwyraźniej polubiła stan "bycia gówniarzem". Daniel Cohn – Bendit rzucił wtedy hasło "długiego marszu przez instytucje". Oznaczało to rezygnację z "działań rewolucyjnych" na rzecz powolnego opanowywania kluczowych instytucji państw zachodnich, a następnie Wspólnoty Europejskiej. Efekty "marszu" widać dziś na każdym kroku. Praktycznie cała "wierchuszka" Komisji Europejskich, Parlamentu Europejskiego czy innych "euroinstytucji" to albo aktywni do dziś "rewolucjoniści" z maja '68, albo wychowankowie tych spośród nich, którzy zamiast do polityki trafili na uniwersyteckie katedry. Zaś bodaj najtrzeźwiejszy komentarz do wydarzeń z maja ’68 pozostawił polski architekt i poeta Stanisław Staszewski (ojciec Kazika Staszewskiego – lidera Kultu) w utworze "Marianna":
Marianna to oczywiście...Republika Francuska, a Idalia...cóż "poczciwa Matuszka Rossija"!
|
A episkopat Polski, PiS,
A episkopat Polski, PiS, wspierali integracje z UE.
Bardzo dobry artykuł.
Niestety, obecni decydenci UE to właśnie epigoni wojującego cymbalstwa roku 1968. Wielu Polakom ciężko sobie wyobrazić, jak tacy awanturnicy stali się gorliwymi utrwalaczami biurokracji, ale tak to wygląda. Polacy wypierają tę wiedzę, myśląc, że ci z Brukseli są lepsi od naszych działaczy - a nie są.
Prawica RP (partia polityczna)
Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius