Męki rządowych ekonomistów

Minister finansów Jacek Rostowski poinformował, że premier Donald Tusk torturuje swoich podwładnych!

- Są to tylko tortury psychiczne - w wywiadzie dla "Gazety Prawnej" Rostowski próbował usprawiedliwiać swojego przełożonego, ale mimo tych bagatelizujących komentarzy wyraźnie widać, że presja wywierana na załogę Tuska narasta.

Coraz to nowi urzędnicy rezygnują z dających medialną sławę i zawodową satysfakcję rządowych stanowisk. Nie wytrzymują nawet ci, których media uznawały za największych ekspertów koalicji w dziedzinie ekonomii.

Słabą odpornością psychiczną wykazał się na przykład profesor Stanisław Gomułka. Zbyt serio potraktował zapewnienia premiera o planach naprawy finansów publicznych. Zamiast spokojnie czekać do wyborów prezydenckich, Gomułka przedstawiał coraz to nowe pomysły działań, przez co... zdenerwowani zwierzchnicy zakazali mu udzielania wywiadów. W końcu Gomułka odszedł z rządu, bo - jak stwierdził - "premier nie był dostatecznie zdeterminowany do przeprowadzenia reformy finansów publicznych".

Urzędnikiem o znacznie twardszej skorupie jest minister Jacek Rostowski. Uparcie trwa na swoim stanowisku.
- Nieprawdziwe są stwierdzenia, że reformy wydatków publicznych są niewystarczające i mało wiarygodne - zapewnił minister krótko po tym, jak jego były współpracownik wytłumaczył powody swej rezygnacji.

Jednak usprawiedliwienie braku realizacji przedwyborczych obietnic to bardzo trudne zadanie. Łatwo pogubić się przy jego realizacji. Rząd miał na przykład "walczyć z inflacją". Jak? Do niedawna można było przypuszczać, że poprzez obniżanie akcyzy...

- Na pewno nie można próbować ograniczać inflacji poprzez ruchy administracyjne czy podatkowe, np. obniżenie akcyzy - obniżenie akcyzy zwiększyłoby popyt. Takich ruchów z naszej strony nie należy się spodziewać - zaszarżował minister Rostowski, jakby bał się choćby pomyśleć o obniżce podatków akcyzowych.

Jego zadziwiająca opinia sugerowałaby, że obniżenie akcyzy zamiast zmniejszenia cen (!?), doprowadziłoby do zwiększenia popytu!
Pamiętając, jak trudna jest "misja" ministra, do jego cudacznych wypowiedzi należy podchodzić z wyrozumiałością. Rzecz jasna, szef resortu finansów zdaje sobie sprawę z tego, że wyższa akcyza (np. na benzynę) podnosi ceny (np. benzyny, ale nie tylko). Doskonale wie, jaka jest przyczyna faktu, że cena benzyny w Polsce jest dwukrotnie wyższa niż w USA...

Dlaczego poprzez obniżkę akcyzy nie można walczyć z inflacją? Bo "zwiększyłoby to popyt"? Nie. Minister w innym miejscu tego samego wywiadu stwierdził nawet, że... nie obawia się ani nadmiernego wzrostu popytu, ani deficytu bilansu płatniczego Polski!
Czego w takim razie boi się minister Rostowski? Co powoduje, że w obronie rządu chwyta się nawet twierdzeń o zagrożeniach, których sam nie bierze poważnie?

Po przeczytaniu całego wywiadu szefa resortu finansów zagadka wydaje się już bardzo łatwa do rozwiązania. Możliwość jest tylko jedna. Minister Rostowski zapewne obawia się tortur.

__________________________________________________________
Tekst opublikowany w Naszym Dzienniku.

To jest: Bacz

Minister ma rację

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że obniżenie akcyzy spowoduje obniżkę cen paliw płynnych więc inflacja, mierzona ceną koszyka towarów i usług, w którym są paliwa, zmaleje. Jest to złudzenie.

Inflacja wynika z nadmiaru ilości pieniądza w stosunku do ilości oferowanych na rynku towarów i usług. Owszem obniżenie akcyzy spowoduje obniżenie cen paliw, to spowoduje że kupujący paliwa zaoszczędzą pieniądze, ale(!) zaoszczędzone pieniądze wydadzą na inne towary, które, wskutek zwiększenia popytu, zdrożeją. Z grubsza więc oceniając, inflacja mimo obniżenia akcyzy nie ulegnie zmianie.

Janusz Baczyński

To jest: Piotr Tomczyk

Akcyza i inflacja

cytuję Bacz:
Owszem obniżenie akcyzy spowoduje obniżenie cen paliw, to spowoduje że kupujący paliwa zaoszczędzą pieniądze, ale(!) zaoszczędzone pieniądze wydadzą na inne towary, które, wskutek zwiększenia popytu, zdrożeją.

Niekoniecznie. Jeśli podniesiemy akcyzę tak, ze benzyna zdrożeje do 10 złotych za litr, to wtedy posiadacz 10 złotych, który codziennie kupuje 1 litr benzyny, na pewno swoje 10 złotych wyda.

Jeśli potem obniżymy akcyzę, przez co benzyna stanieje do 5 złotych za litr, to wtedy posiadacz 10 złotych ma nowe możliwości.

1) Może, tak jak Pan sugeruje, wydać ocalone 5 zł na inne towary. Ale może też
2) schować je do skarpety lub odkładać w jakieś inne miejsce. A nawet
3) może te 5 złotych zaiwestować. Jeśli zainwestuje w produkcję towarów, wtedy ilość towarów na rynku zwiększy się.

Jeśli wybierze wariant 2) lub 3), wtedy inflacja spadnie. Przepraszam za uproszczenia :-)
Pozdrawiam.
-----------------------------------
Wstąp do Prawicy RP

Pan Janusz...

... jest już chyba po "ciemnej stronie mocy" bo pisze, jakby pracował w Min Fin.

Gdyby było, jak to ujął, to podniesienie ceny benzyny do np. 25 zł/litr zdławiłoby inflację - i ograniczyło emisję spalin, podważyło sens budowy autostrad etc. - same pozytywy.

Mniejsza akcyza może początkowo oznaczać mniejsze wpływy do budżetu - a w związku z tym mniej pieniędzy do wydania przez budżet.

Czyli - zmniejszenie akcyzy oznacza ograniczenia mechanizmu redystrybucji - a nie, z założenia, jedynie więcej pieniędzy w kieszeni podatnika do wydania.

Pieniędzy jest, w uproszczeniu, tyle samo - tylko, że wydaje je kto inny (podatnik, a nie urzędnik). Jak wydaje je urzędnik, to można poczytać w prasie, podobnie, jak o proinflacyjnych skutkach takiego wydawania:

http://biznes.onet.pl/0,1749216,wiadomosci.html

--------------
Prawica RP (partia polityczna)

To jest: Bacz

Krótkoterminowo i długoterminowo

Tak jak napisałem z grubsza zmiana akcyzy nie ma wpływu na inflację, bo jak zmieni się cena paliw w jednym kierunku to pozostałe towary zmienią cenę w przeciwnym kierunku.

Można oczywiście analizować sprawę bardziej dokładnie.
Zasada jest taka, że wszelkie ruchy opodatkowania, są okazją dla sprzedających do korygowania cen w górę. Tak więc jeśli akcyza rośnie to sprzedający chętnie za tym, a nawet z nadmiarem i wyprzedzająco podwyższają ceny, natomiast jeśli akcyza maleje, to obniżają ceny mniej niż to wynika z obniżki akcyzy i z opóźnieniem. Wniosek: zmiany akcyzy powodują przejściowy wzrost inflacji, po jakimś czasie wraca ona do takiego poziomu jak by zmian akcyzy nie było.

Co do inwestycji, to częste zmiany opodatkowania skutecznie do nich zniechęcają.

Janusz Baczyński

To jest: Jerzy Kałwak

Z wywodu p. Baczyńskiego wywnioskowałem, że również

zmiana przewartościowania cen w Polsce ze złotego na euro w niczym nie zmieniłaby sytuacji. Ta myśl naszła mnie nagle, po przeczytaniu tezy p. BTadeusza, że ilość pieniądza nie zmienia się.
Czy moglibyśmy od jutra zacząć wypłacać sobie wynagrodzenia w euro? Skąd można by je wziąć? Wydrukować? Skąd rząd bierze pieniądze? Drukuje?
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: Bacz

Przejście na euro

Przejście na euro jest właśnie sytuacją zmiany cen wymuszonej dla wszystkich przez rząd. Każde takie przeliczenie sprzedający wykorzystują do podwyższenia ceny, czyli pojawia się impuls inflacyjny. W miarę jednak jak kupujący coraz lepiej orientują się w nowych cenach, znowu dochodzą do perfekcji w zakupach i kupują u najlepszych sprzedawców, którzy oferują im żądany towar po najniższej cenie i konkurencja powoduje spadek cen do takiego poziomu, jak by wymiany waluty nie było.

Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że jest stały dodatek "cenowy" po wymianie waluty. Mianowicie, jak są przypadki że są do wyboru dwie waluty, w których można robić transakcje to dobry przedsiębiorca wybiera lepszą walutę i cena towaru tego przedsiębiorcy wtedy spadnie. Nie ma takich przypadków gdy jest tylko jedna waluta "do wyboru".

Janusz Baczyński

To jest: Jerzy Kałwak

Skoro temat przejścia na euro

został wywołany i potwierdza pan zadziałanie tego mechanizmu, to co by się stało, gdyby w tej chwili wprowadzić "zwyczaj" umieszczania obok ceny w złotych ceny wyrażonej w euro?
Czy zapobiegłoby to skokowym podwyżkom w przyszłości, gdy zgodnie z umową z UE Polska wprowadzać będzie euro jako walutę krajową?
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: BTadeusz

A ja zawsze myslałem, ze wzrost sprzedaży

więc produkcji skutkuje zwiększonym obrotem, więc zwiększeniem masy zysku, więc dodakowym srodkami na inwestycje (w firmie prywatnej tak sie robi), więc obniżeniem kosztów jednostkowych, więc obniżeniem ceny prduktu i wzrostem gospodarczym.

Przekonuję studentów, ze większa produkcja zmniejsza cenę, że w produkcji masowej cena produktu zbliża się do ceny materiału nań użytego.

Każdy ruch pieniadza, o ile rozpoczyna sie wpływem do producenta skutkuje obnizeniem ceny tej produkcji.
Tylko szaleniec, lub komunista na wzrost popytu reaguje wzrostem ceny.
Oczywiście z wyjątkiem dóbr o ilości obiektywnie ograniczonej, np. złota.

Wywalą mnie z pracy?

Demokracja, to nie - "władza ludu".
Demokracja - to procedury większościowe w stanowieniu prawa.
Daj sobie nadzieję!:
JOW- Warunkiem demokracji

To jest: Jerzy Kałwak

Pan Baczyński nie napisał, skąd bierze się więcej pieniędzy

na rynku, które to pieniądze rodzą inflację.
Bierze się z presji płacowej oraz z rozwoju gospodarczego.
Presja płacowa jest z jednej strony wywoływana wzrostem kosztów utrzymania (cen), z drugiej wzrostem zamożności (rozwojem), który nigdy nie rozkłada się wprawdzie równomiernie, ale wszyscy chcieliby mieć tyle, ile mają ci inni.
Presja płacowa w sposób widoczny (spektakularny) pojawia się zazwyczaj w tzw. sferze budżetowej lub w sektorze publicznym, a mniej wyraźnie w sektorze prywatnym.
Punktem wyjścia do wyceny wartości pieniądza jest tzw. koszyk dóbr, czyli ile czego można kupić dzisiaj w porównaniu z wczoraj oraz ile czego możemy kupić w porównaniu z innymi, np. bogatszymi.
Zatem, jeżeli pojawia się na rynku więcej pieniędzy, to jest to także dowód na wzrost inflacji.
Spełnianie oczekiwań płacowych (oraz innych) przez państwo, które daje ludziom pracę, jest kosztem, jaki trzeba ponieść. Rosną płace, rosną koszty.
Zmniejszenie akcyzy w cenie paliw jest zwykłym zabiegiem gospodarczym zawierającym ryzyko, jak w działalności produkcyjnej czy handlowej. Pański przykład wydaje mi się zatem prawidłowy jako sposób rozumowania i chęć przyhamowania inflacji przy pomocy obniżenia akcyzy także wydaje mi się prawidłowe. Ale oba przypadki nie dają żadnej pewności, a tym bardziej trwałości.
Nie wiemy bowiem, jak zachowa się rynek w przypadku obniżenia akcyzy na paliwa. Biorąc pod uwagę silny wpływ rządu na firmy paliwowe możemy oczekiwać, że obniżą one swoje ceny. Rząd nie ma jednak żadnego wpływu na wzrost lub spadek cen innych towarów, pochodnych od ceny paliw.
W tym przypadku muszą zadziałać prawa rynku, czyli relacje popyt-podaż-cena. Gdy producentowi spadną koszty z powodu spadku cen wyjściowych i zahamowania żądań wzrostu płac, to może zainwestować we wzrost produkcji, gdy będzie popyt. Może zacząć eksportować lub zwiększać eksport. Albo wejść w nową branżę. Albo skonsumować, co także jest dla rynku dobre, bo wzmaga popyt i zwiększa obrót.

Kłopot ministra finansów, jego ryzyko, polega na niepewności, czy obniżka akcyzy spowoduje spadek/zahamowanie wzrostu cen dóbr z podstawowego koszyka, czy może - jak lokomotywy za Gierka - stanieją luksusowe samochody. Ten minister po to jest, aby wiedzieć, co może powstrzymać inflację, w jakim czasie i na jak długo. I czy hamowanie wzrostu cen jest w ogóle możliwe, gdy w innych krajach też rosną.
Może być tak, że skoro sektor publiczny jakieś podwyżki dostał, to teraz już ich nie będzie, więc na jakiś czas dochody budżetu mogą być zmniejszone. Wzrosną, gdy pojawi się efekt po obniżce cen paliw.
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: BTadeusz

Jednak CAŁY DOCHÓD z akcyzy trafia do sfery nieprodukcyjnej.

Sam fakt rezygnacji z akcyzy nie może zwiększyć inflacji, bo nie zwiększa ilosci pieniądza.
Fakt, że część zostanie w kieszeniach TAKŻE SFERY PRODUKCYJNEJ każe wnioskować, ze u części producentów presja inflacyjna nie wzrośnie. Sprzedaż zaś nie zmaleje.
To stworzy koniunkturę dla inwestycji u producentów. A ta implikuje albo spadek ceny, albo wzrost jakosci.
Producent niechetnie zwieksza własną konsumpcję.
Zmniejszone ryzyko żądań wzrostu płac pracowniczych poprawia optymizm producenta, wiec zwiększa jego skłonnośc do inwestycji.
Tak rodzi się (a nie inaczej) postęp.
(przy stałej ilości pieniądza).

Demokracja, to nie - "władza ludu".
Demokracja - to procedury większościowe w stanowieniu prawa.
Daj sobie nadzieję!:
JOW- Warunkiem demokracji

To jest: Jerzy Kałwak

Dla rynku nie ma znaczenia, czy pieniądze trafią do sfery

produkcyjnej czy nieprodukcyjnej. Na dłuższą metę ma to znaczenie, ale w przypadku bieżącej interwencji idzie raczej o skierowanie strumienia pieniędzy tam, gdzie wywoła to mniejszy efekt inflacyjny.

Przyjmując pańskie założenie o stałej ilości (wartości) pieniądza na danym rynku, co jest nierealne, gdyż pieniądz krąży i przepływa, ministrowi uda się przy pomocy obniżenia akcyzy skutecznie zainterweniować, gdy w rezultacie zwiększą się "zapasy" pieniądza. Tzn. gdy podaż będzie możliwa bez zwiększania inflacji.

Przełóżmy to na śrubki: produkuję 1000 śrubek na godzinę i więcej się nie da. Rosną ceny energii, nie podnoszę ceny, nie podnoszę płac. Po moje śruby ustawiają się kolejki. Wychodzę jakoś na zero. W tym momencie energia tanieje, wychodzę na plus. Kupuję automat do produkcji śrubek (10 000/h), zwalniam 2 osoby z produkcji, tworzę 3-osobowy dział sprzedaży. Czy te osoby z działu sprzedaży to sfera nieprodukcyjna? Pytam tak na wszelki wypadek. Ceny i płace pozostawiam bez zmian.

Czy uzyskaliśmy jakiś postęp?
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: BTadeusz

W firmie produkcyjnej kazda osoba należy do sfery produkcyjnej

W rozumieniu rynku państwowego. (czy szerzej).
Nielicznymi wyjątkami są sytuacje, które Pan przytacza, że dodatkowymi nakładami nie można zwiększyć produkcji.
Statystycznie jest odwrotnie.
A ekonomia "podlega" statystyce.

Jeśli po Pana "śrubki" ustawiały się kolejki, to cenę Pan podniósł już dawno.
Na normalnym rynku nie ma "kolejek".

Demokracja, to nie - "władza ludu".
Demokracja - to procedury większościowe w stanowieniu prawa.
Daj sobie nadzieję!:
JOW- Warunkiem demokracji

To jest: Jerzy Kałwak

Z kolejkami przeszarżowałem, ale

czy na normalnym rynku postęp jest i co to znaczy?
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: BTadeusz

Sa dwie ścieżki postępu.

Albo jet Pan "cienki", ale "optymista" (że jest koniunktura na Pański produkt, słaba konkurencja, etc) - wówczas bierze Pan kredyt, licząc na to ze inwestycja pozwoli Panu obnizyć koszty nie zwiększając ceny. Jeśli obniżka kosztów będzie wyższa, niż odsetki od kredytu, to zarejestruje Pan zysk, który może Pan skonsumować - napedzając popyt na dobra produkowane przez kogos innego,
lub, moze Pan wejsć na drugą ścieżkę:
Zebrany kapitał zainwestować bez odsetek - zwrot bedzie szybszy. inwestycja może być "agresywna" -jest Pan w stanie obniżyć cenę -jest nadzieja na zwiększenie sprzedaży - wycina Pan konkurencję. Przejmuje Pan jej popyt. Chwilowe kolejki likwiduje Pan wzrostem ceny, (ale Pańska rentownosć nie pogarsza się - odwrotnie - rejestruje Pan zwiekszoną akumulację. Wykupuje Pan majatek upadającego konkurenta. Jest Pan w stanie zjechać z ceną, zachowując stopę zysku. (ALE PRZY ~PODWOJONEJ PRODUKCJI). Masa zysku rosnie - wprowadza Pan nowy asortyment - tańszy, lub lepszy...
I jest postęp...
CBDO-:)

Demokracja, to nie - "władza ludu".
Demokracja - to procedury większościowe w stanowieniu prawa.
Daj sobie nadzieję!:
JOW- Warunkiem demokracji

To jest: Jerzy Kałwak

Właśnie, panie BTadeuszu, wydaje mi się, że minister

finansów też liczy na ożywienie gospodarki tymi dwoma drogami. I, wbrew temu, co sugeruje autor tekstu głównego, wokół którego trwa ta rozmowa, ów minister raczej się nie męczy.

Jest mu także obojętne, ilu "cieniasów" zostanie zamęczonych przez rynek, czyli mocniejsze firmy lub dobre kredyty. Minister jest po prostu liberałem.
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

To jest: Bacz

Wzrost sprzedaży

W rzeczywistości to wielu producentów jest w takiej sytuacji jak właściciel kopalni złota. Utrzymanie rezerw produkcyjnych jest kosztem i każdy producent stara się produkować tyle ile fabryka daje. W sytuacji zwiększenia popytu pierwszym jego ruchem będzie podwyższenie ceny, a dopiero potem zacznie inwestować w zwiększenie mocy produkcyjnych, co zapewne spowoduje w dłuższym terminie spadek cen - ale właśnie "w dłuższym terminie". Jak zauważył Keynes "w dłuższym terminie to wszyscy umrzemy", tak więc nie cieszmy się tym spadkiem cen za wcześnie bo nie wiadomo czy dożyjemy.

To jest: Jerzy Kałwak

Nie ma dłuższych terminów, nie ma trwałego popytu

- podwyższanie ceny jest zatem bardzo niebezpieczne. Sukces tkwi w jak najszybszym i jak najpełniejszym wykorzystaniu mocy produkcyjnych i wyssaniu z rynku maksimum pieniędzy. Obniżanie ceny jest również instrumentem kreowania popytu. Stąd początkowa kalkulacja ceny na poziomie wyższym (najlepszy przykład - sprzęt audio-wideo-komputer).
--------------
aribo.pl/jerzykalwak

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.