WydarzeniaPublikuj na PNTeraz czytaneZaloguj sięPrace Prawicy.net |
O prywatyzacji i sposobie prowadzenia polityki
Autor: Jacek Tomczak, pon, 12/05/2008 - 14:52
Ostatnie wydarzenia na scenie politycznej i całe zamieszanie wokół planów PO, zmierzającej do oddania samorządom władzy nad szpitalami wywołały u mnie refleksję ogólną, odnośnie stylu uprawiania polityki i sposobu zdobywania poparcia przez najważniejsze partie polityczne w Polsce. Taktyka działania PiS-u i braci Kaczyńskich była dotychczas oparta na agresywnym języku i swoistym makiawelizmie politycznym, tj. zasadzie, że "cel uświęca środki". Tzn. możemy oszukiwać wyborców, mówiąc o 3 milionach mieszkań, nazywać przeciwników "zdrajcami" (o Sikorskim), głosić, że to, co robią "jest gorsze niż zbrodnia" (o Rokicie), przekonując jednocześnie, że "w chamstwie i knajactwie nie mamy z tymi panami szans". Może się taki sposób prowadzenia polityki nie podobać, u wielu wywołuje instynktowną odrazę do Kaczyńskich. Ale po pierwsze, wydaje się względnie skuteczny. Wystarczy spojrzeć, jakie wyniki dotychczas osiągał, uświadomić sobie, że spora część elektoratu takiego języka używa na co dzień, poza tym przypuścić, że w mniemaniu wielu świadczy to o ideowości polityka i tym, że jest naprawdę w sprawę zaangażowany oraz ją przeżywa, a wyraz temu daje w gwałtownych emocjach, powodujących taki, a nie inny język. Po drugie, osobiście jestem gotów tłumaczyć Kaczyńskich, gdyż ilość niesprawiedliwości, jakich doświadczali regularnie od początku lat 90. jest spora. Będąc autorami wizji radykalnego odejścia od systemu komunistycznego, propagatorami dekomunizacji i lustracji, mieli rację. Z perspektywy historycznej musimy przyznać, że gdyby to ta wizja, a nie wizja środowiska Adama Michnika, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego i "Gazety Wyborczej" zwyciężyła, prawdopodobnie uniknęlibyśmy całego szeregu afer. Gdybyśmy rozliczyli komunistów, zamiast się z nimi bratać, nie zakorzeniliby się oni w służbach specjalnych i na szczytach władzy. Głosząc słuszną wizję, jednocześnie Kaczyńscy narażali się na zmasowane ataki ze strony ludzi, którzy mieli olbrzymią przewagę w mediach. Przypięto im łatki oszołomów, wyśmiewano i kpiono z nich. Mimo tego, że z każdą kolejną aferą z udziałem postkomunistów okazywało się, jak dużo racji było w ich wizji. Zaistniała sytuacja u każdego wywołałaby olbrzymią złość i frustrację. Po trzecie, wydawało mi się, że "w tym szaleństwie jest metoda", że agresywna retoryka jest środkiem do zdobycia władzy, a mając już tą władzę Kaczyńscy zajmą się naprawą państwa, w przekonaniu, że nie można budować go na takich podstawach, jak dotychczas. Niestety, gdy Kaczyńscy zdobyli władzę zajęli się praktycznie tylko jej umacnianiem, do reform nie przechodząc i od agresywnej retoryki nie odstępując. Okazało się, że nie widać tego celu, który mógłby uświęcić środki. Oczywiście, nie piszę, że rządy Kaczyńskich były fatalne i tragiczne, wiem, że najbardziej wpływowe media, które wykreowały taki wizerunek potrafiły zawrzeć "sojusz taktyczny" z Andrzejem Lepperem, byle tylko "skompromitować Kaczorów". Wiem też, że zlikwidowano WSI, że powołano CBA, że lobbyści odsunęli się od polityki i że powstał pewien pluralizm w debacie publicznej. Ale to wciąż zbyt licha rekompensata za wysłuchiwanie codziennie tej agresywnej retoryki. PO zdawała się przyciągać Polaków nie jakimś ciekawym programem, nie wyrazistością poglądów, ale właśnie pewną bezbarwnością, prowadzeniem "polityki bez polityków", zwanej też "polityką miłości". Nie mówiła o walce z pomysłami wprowadzenia tzw. "związków partnerskich", a raczej o tym, że trawa ma być bardziej zielona, a każde dziecko ma dostać obiad. Jednak, o ile język uległ gwałtownej zmianie, sposób zdobywania poparcia wydaje się, przynajmniej w niektórych aspektach, podobny. Dobrze obrazuje to zamieszanie wokół - nazwijmy to - potencjalnego stworzenia możliwości sprywatyzowania niektórych szpitali. Przypomnijmy sobie przedwyborcze reakcje polityków PO na zarzuty PiS-u, że ekipa Tuska chce sprywatyzować służbę zdrowia. Przypomnijmy sobie odżegnywanie się od planów prywatyzacji w ramach odpowiedzi na nasycony retoryką socjalistyczną spot wyborczy PiS-u, w sposób niezwykle kłamliwy pokazujący efekty potencjalnej prywatyzacji (przed wyborami polecałem na tym blogu lekturę ciekawego tekstu Krzysztofa Bukiela na ten temat). Bronisław Komorowski pokazywał na konferencji prasowej program PO, zapewniając, że nie ma tam ani słowa o prywatyzacji służby zdrowia. Zbigniew Chlebowski - podobnie. A teraz? PO chce stworzyć możliwość prywatyzacji. Tzn. politycy partii rządzącej celowo wprowadzili w błąd społeczeństwo, wiedząc, że mówiąc prawdę nie zdobyliby takiego poparcia (liberalna polityka gospodarcza nigdy nie cieszyła się w Polsce wielką popularnością). Aleksander Grad powiedział otwarcie, że "kampania rządzi się swoimi prawami". Czyż nie inaczej robił PiS? Jacek Kurski wprost stwierdził, że polityka jego partii nastawiona jest na to, że "ciemny lud wszystko kupi". Teraz powraca pytanie, czy możemy usprawiedliwić ów makiawelizm polityczny. Wydaje się, że należy oceniać go tylko z perspektywy historycznej, tzn. wiedząc jakie przyniósł efekty. Jeśli, tak jak w przypadku PiS-u służy jedynie walce politycznej i umacnianiu władzy, trudno ocenić go pozytywnie, jeśli zaś jego użycie przyniesie prywatyzację - będzie wytłumaczony. Tzn. zgadzamy się na kłamstwo (niektórzy określają je, jako "zmianę opinii"), wiedząc, że bez niego nie zostałaby stworzona możliwość dobrej z perspektywy wolnorynkowca prywatyzacji. Ale ta zgoda może nastąpić tylko, jeśli przyjmiemy, że - po pierwsze - polityka jest niezwykle brudną grą, zaś po drugie - nie będzie to "złodziejska prywatyzacja". Bracia Kaczyńscy mają takie socjalne schorzenie, że każdą prywatyzację nazwą "dziką prywatyzacją". Trochę przypomina mi to działanie przeciwników lustracji, którzy od początku lat 90. każdą próbę rozliczenia przeszłości traktowali jako "dziką lustrację". Tzn. "nie dziką" lustracją mógł być jedynie brak lustracji. I oczywiście, "dzika prywatyzacja" miała w naszym kraju miejsce, np. pod koniec PRL-u, gdy firmę prywatną można było założyć tylko mając "swojego ubeka", tj. wchodząc w układ z władzą, gwarantując jej poszczególnym przedstawicielom profity, w zamian za to, że przychylnym okiem spojrzą na daną działalność albo tworząc spółkę państwowo-prywatną, wykupiwszy przedsiębiorstwo państwowe i uczyniwszy współwłaścicielem funkcjonariusza władzy (opisał to w swojej książce "Długi cień PRL-u, czyli dekomunizacja, której nie było" Bronisław Wildstein; wspomniał on tam, że w 1990 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego zamówił spis "spółek nomenklaturowych" i stwierdzono ich ponad 1500). Później również często prywatyzowano nieuczciwie, sprzedając państwowe firmy "po znajomości" za symboliczne kwoty. Jednakże, przeprowadzona w sposób uczciwy prywatyzacja służy obywatelom, powodując konkurencję, likwidując korupcję (jeśli mamy np. kilka prywatnych szpitali, to nie musimy wręczać koperty, by nas przyjęto, tylko idziemy gdzie indziej) i umożliwiając lepszą jakość świadczonej usługi (jeśli mamy kilka firm, to każda stara się być bardziej efektywna od drugiej). I jeśli taka uczciwa prywatyzacja zostałaby przeprowadzona, usprawiedliwiłbym dwuznaczne metody stworzenia sobie szansy jej przeprowadzenia.
|
Za PO czyli kiedyś KLD a
Za PO czyli kiedyś KLD a potem UW majątek publiczny trafiał w ręce krewnych i znajomych. Zapewne i tak ma się stać w wypadku szpitali. Zmiany nie mają na celu dobra Polaków ale dobro koalicji redystrybucyjnej.
Jednocześnie państwowa (samorządowa)służba zdrowia jest kosztowna i nieefektywna. Warunkiem zapewnienia ochrony zdrowia jest prywatyzacja lecznictwa.
Tylko że pod pojęciem prywatyzacji nie może ukrywać się okradanie Polaków i uwłaszczanie nomenklatury.
Uczciwa prywatyzacja,
jak ją Pan widzi, proszę opisać, bo taki powinien byc koniec tego artykułu.
Jak uczciwie sprywatyzować szpitale, które działają w nieuczciwych warunkach, w chorym systemie, wg chorych ustaw i przepisów.
Czy nie wydaje się Panu, że jeżeli istnieje na rynku kapitał zainteresowany prowadzeniem prywatnej placówki medycznej, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taką założyć? Nic, a więc o co chodzi?
Mnie martwi także, plan przekazania szpitali klinicznych pod zarząd samorządów, to świetne placówki, uczą się tam przyszli lekarze, łakomy kąsek...
Naiwnych nie sieją
Sami się rodzą :)
Niestety jestem skłonny uwierzyć pani Sawickiej, że jest to po prostu kręcenie lodów.
Dlaczego nie sprywatyzują w sposób jawny na licytacji?
Dlaczego najpierw chcą oddłużyć szpitale (za czyje pieniądze jak nie za Kowalskiego?), zamiast sprzedawać szpital na licytacji razem z jego długami?
Dlaczego tym samym chcą wynagrodzić niegospodarnych zarządców?
Tych pytań jest więcej a doświadczenie KLD nakazuje daleko posuniętą nieufność graniczącą z pewnością, że jest to przekręt.
Pozdrawiam