Skazy na pancerzach?

Potrzebujemy bohaterów, może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Na naszych oczach rozdmuchane poza granice rozsądku, fałszywe autorytety okazały się równie nietrwałe jak budujący je gazetowy papier. Spod blaknących portretów herosów „Solidarności” zaczęły wyłazić ubeckie kwity a konstrukt z kłamstw i półprawd runął niczym domek z kart. Została pustka.

Pustka jest jednak stanem nienaturalnym. Dlatego narodowy Panteon zaczęły po cichu zaludniać postacie jeszcze przed chwilą zupełnie zapomniane, nieistniejące w masowej świadomości. Inka, Łupaszka, Rój... Tak, po latach, trochę nieoczekiwanie, pojawili się Żołnierze Wyklęci.

Przybyli w aurze tajemniczości, jako nieskazitelni rycerze. Ostatni sprawiedliwi, którzy polegli w nierównej walce z siłami zła. Z początku funkcjonowali gdzieś na marginesie narodowej świadomości. Jednak dzięki tytanicznej pracy badaczy i fascynatów przebili się do szerzej. Najpierw trafili na żyzną glebę patriotycznej młodzieży, później dalej – na stadiony i ulice. Na oprawy i murale. W końcu wpisano ich na transparenty partii, która szła po władzę. Dziś są w głównym nurcie polityki historycznej. Niemal każda wioska posada dziś rondo lub skwer Żołnierzy Wyklętych. Niejedna szkoła doczekała się patrona werbującego się z ich kręgu.

Jednak mit, jak każdy mit, posiada swoje wady. Im bardziej odrealniony tym są one wyraźniejsze. Nie inaczej jest w przypadku Wyklętych. Rehabilitacja i przywrócenie historycznej pamięci, jakie słusznie należały się poległym i pomordowanym, w mgnieniu oka zamienione zostały w bezrefleksyjny kult. Ten zaś, jeśli utrwali się w zbiorowej świadomość będzie wiódł nas na manowce.

Nie jest bowiem prawdą, jak głoszą dziś w pseudo-historycznych publikacjach samozwańczy kapłani „wyklętyzmu”, że Żołnierze Wyklęci zwyciężyli. Nie jest prawdą, że bez nich nie byłoby Solidarności czy Wolnej Polski. Nie jest prawdą, że mieli alternatywę pomiędzy „okupacją sowiecką – gorszą niż niemiecką” lub śmiercią. Nie jest wreszcie prawdą, że byli nieskazitelnymi rycerzami.

Łatwo jest zbudować w narodowej świadomości ową „fałszywą historię”, która jest mistrzynią „fałszywej polityki”. Tym łatwiej, że epopeja Wyklętych jest zarazem patetyczna i widowiskowa. Bez problemu trafia do wyobraźni młodych patriotów. Jednak skutki opierania tożsamości historycznej na odrealnionych mitach są nieuchronnie opłakane. W końcu nie zależy nam na wychowaniu kolejnych pokoleń, które za szczyt poświęcenia dla Ojczyzny uznają jakąś szczególnie wyrafinowaną i spektakularną formę zbiorowego samobójstwa.

Dlatego teraz, gdy Wyklęci zostali nareszcie przywróceni historii, potrzebna jest rozmowa. Spokojna pozbawiona arogancji i pogardy, wolna od fanatyzmu i zacietrzewienia. Rozmowa oparta na faktach i źródłach, ale przede wszystkim na dojrzałej analizie historycznej i politycznej. W nadziei na początek takiej rozmowy sięgnąłem po najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych.”.

Nie przepadam za pisarstwem historycznym Zychowicza. Jego dotychczasowy dorobek wskazuje, że znalazł on sposób na poczytność w wyjątkowo prostej metodzie: wkładaniu kija w mrowisko. Stosowanie taniej sensacji zapewne gwarantuje zwiększenie nakładów, jednak u mnie, adepta solidnej niczym pruski fort poznańskiej szkoły historii wojskowości, wzbudza co najwyżej zażenowanie. Oddzielmy jednak tworzywo od twórcy.

Najnowsza książka Zychowicza nie jest dziełem naukowym a co najwyżej popularno-naukowym. Taka formuła daje autorowi znaczną swobodę prowadzenia narracji ale w kontekście wagi tematu wydaje się zdecydowanie nieadekwatna. Zychowicz na ponad 400 stronach przedstawia niewygodne, czy wręcz kompromitujące „fakty” zarówno z biografii kliku znanych Wyklętych jak i z dziejów różnych polskich formacji wojskowych. Aspektem łączącym wszystkie opisane postacie i zdarzenia mają być niegodziwości jakich w opinii autora dopuścili się polscy żołnierze. Padają poważne zarzuty, w tym o morderstwa na ludności cywilnej i jeńcach wojennych.

Zarzuty tak wielkiego kalibru wymagają niewątpliwie adekwatnej do ich skali dokumentacji. Niestety autor z rzadka posługuje się źródłami opierając się w większości na cudzych opracowaniach. Co więcej, przedmiotowe opracowania dobiera w sposób niezwykle powierzchowny, by nie powiedzieć selektywny.
Oczywisty i reprezentatywny dla omawianej książki przykład niedopuszczalnej, paranaukowej dezynwoltury znajdziemy w rozdziale IX. Zychowicz porusza tutaj temat wydarzeń, które miały miejsce w Bydgoszczy 3 i 4 września 1939 roku, a w hitlerowskiej propagandzie uzyskały miano Bromberger Blutsonntag (bydgoska krwawa niedziela). Od lat trwa spór pomiędzy historiografią polską, która za przyczynę przedmiotowych wydarzeń podaje stłumienie niemieckiej dywersji a niemiecką która owej dywersji zaprzecza. Zychowicz, stawiając Polakom najcięższe zarzuty – masowego morderstwa, powołuje się na opinię jedynego bodaj poważnego historyka po stronie polskiej – Włodzimierza Jastrzębskiego, który popiera narrację niemiecką.

Bogaty dorobek polskich historyków i ich zgodna w znakomitej większości opinia w przedmiotowej materii zostały tutaj całkowicie zignorowane. Zychowicz nie uznał także za stosowne poinformować Czytelników, że także historiografia niemiecka nie jest monolitem w przedmiotowym temacie. Wyłomu dokonała tutaj praca Güntera Schuberta „Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy”, która ukazała się w RFN w 1989 r. a w roku 2003 doczekała się polskiego wydania. Nieznajomość tej pozycji, niezwykle istotnej dla przedmiotowej materii, lub jej świadome pominięcie, jako niezgodnej z główną tezą książki, wystawia Zychowiczowi jako historykowi niezbyt pochlebne świadectwo.

Mocno zastanawiający jest także dobór relacji świadków (nie tylko w tej sprawie). Są one co do zasady jednostronne, co jest tym bardziej zaskakujące, iż nie brakuje tutaj dobrych źródeł. Szkoda, że autor nie znalazł kliku wierszy na przykład na relację Lucy Baker-Beall. Ta nauczycielka języka angielskiego, która przez prawie 40 lat mieszkała w Bydgoszczy, a której dzięki interwencji ambasady amerykańskiej w połowie lutego 1940 r. udało się opuścić Niemcy relacjonowała: „Strzały padały z niemieckich domów i kilku Polaków zostało zabitych lub rannych. (...) W sumie około 200 Niemców zostało zatrzymanych z bronią w ręku i rozstrzelanych, ale to nie było mordowanie bezbronnych ludzi. To nastąpiło później, kiedy Niemcy weszli do miasta”.

Poważne usterki metodyczne, niedostateczna znajomość źródeł i opracowań oraz inne, drobniejsze uchybienia nie są niestety wyłączną domeną omawianego wyżej podrozdziału. Znajdziemy je w mniejszym lub większym natężeniu w całej książce Zychowicza. To całkowicie dezawuuje wartość poznawczą pracy i dyskredytuje jej autora.

„Skazy na pancerzach” mogły okazać się książką przełomową, otwierającą uczciwy, konstruktywny dyskurs. Zamiast tego są tanim moralitetem opartym na wątpliwej sensacji. Mimowolnie wpisującym się w szczęśliwie niemodny już nurt pedagogiki wstydu. Szkoda, widać na solidne opracowanie tego złożonego tematu przyjdzie nam jeszcze poczekać.

oto Przemysław Piasta Przemysław Piasta

historyk i przedsiębiorca, prezes zarządu Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego, w latach 2005-2006 wicemarszałek województwa wielkopolskiego

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
3.333335
Ogólna ocena: 3.3 (głosów: 9)

Tematy: 

Dyskusja

oto Czesław

To niesprawiedliwe

Nie jestem historykiem, trzeba pisać prawdę ale tak szukać "dziury w całym " na siłę, żeby udowodnić, że ten co "na stos rzucił swój życia los" w imię wielkiej sprawy, był nie taki kryształowy i grzeczny, to podłość. Grzeczni chłopcy siedzieli wówczas w domu albo donosili na UB. Kojarzy mi się to z sędzią, co to siedząc za stołem zastanawia się czy ten napadnięty przez bandytę przekroczył granicę obrony koniecznej. Otóż gdyby ten delikwent się tak zastanawiał jak ten sędzia, to by już nie żył.

oto mj

Wpis pana Czesława ilustruje doskonale,

że w Polsce żadna UCZCIWA dyskusja o historii nie jest możliwa.
"Prawdę trzeba pisać, ale po co szukać dziury w całym"... :) Jeszcze się niechcący odkryje że ów ogłoszony już "świętym" i otoczony kultem, patron szkół, ulic i skwerków, wcale nie był taki "kryształowy i grzeczny"... "No i komu to ma służyć?", jak mawiał towarzysz Gomułka..? :)
Lepiej uzbroić sie w cierpliwość i czekać aż mit umrze śmiercią naturalną... I oczywiście natychmiast zostanie zastąpiony innym mitem. :)

oto JJerzy

Bo, widzi pan ...

... trzeba umieć zachować proporcje, a nie epatować ... "odkryciem".
Z tych wszystkich odkrywczych ataków przeziera chęć prostackiego przekazu, że na pozytywny odbiór zasługują jedynie ... święci. Ponieważ zaś polscy bohaterowie mają na ogół jakieś skazy, czy grzeszki, to ... hajda ich do wora z bandytami. Ot, taki prostacki relatywizm.
Tymczasem, jak mawiał klasyk, znaj proporcją mociumpanie. Ja mam na tak debilne porównania taką oto anegdotkę. Otóż, jeśli organizm funkcjonuje normalnie, zazwyczaj każdy człowiek odbywa co rano pewną czynność fizjologiczną tyleż niezbędną, co wstydliwą. Czy jednak, gdyby dokonać opisu jego osoby z perspektywy tej czynności i głównie na niej się skupiając, czy uznałby pan (zakładając uprzejmie, że nie jest pan współczesnym ... "artystą") to za właściwy sposób scharakteryzowania osoby? A tak właśnie dzieje się, gdy zagubimy proporcje. Bohater, to zazwyczaj nie jest człowiek żyjący inaczej niż bliźni, ale taki, który choć raz zachował się tak jak bliźni nie odważyliby się (na przykład).
Jest taka zręczna definicja głupca, mówiąca, że wszyscy popełniają błędy, ale są tacy którzy robią to częściej i tych nazywamy głupcami. Podobnie można podejść do oceny innych zachowań. Na przykład, idąc szerzej, że w każdym narodzie są kanalie, ale dziwnym trafem w niektórych jest ich więcej i te narody ... Tu już dopisze sobie pan wedle uznania.

oto ratiofides

"Krwawa niedziela" mogła być

"Krwawa niedziela" mogła być już od dawna (w zamyśle niektórych) pomysłem na symetryzację polsko-niemieckiej historii, tak jak akcja Wisła jest i będzie "równoważnikiem" dla Wołynia... Takie narracje mają zacierać pamięć, ułatwiać "otwarcie" i "zbliżenie" w polsko-ukraińskich i polsko-niemieckich relacjach. Intencje może i dobre(?). Niestety, ja nie wierzę w budowanie przyszłości na samych tylko "dobrych(?) intencjach". Tak się składa, że oboje moi rodzice byli na Pomorzu w 1939 roku. Goebelsowska propaganda miała wtedy wiele pracy, bo nawet niektórych Niemców przerażały metody robienia z Pomorza "czysto niemieckiej ziemi". Przygotowane scenariusze "sądu i kary" dla "polskich zbrodniarzy" tłumaczyły okrucieństwo... i otwierały już wtedy w mediach nową epokę "pokojowych nalotów", "interwencji humanitarnych" itp. itd.

oto kaktusnadłoni

Skazy na pancerzach!

Tak jak w latach zakończenia II wś była na terenie Polski wojna domowa, tak i dziś – choć prowadzona innymi środkami – trwa.

cytuję Przemysława Piastę:
Dlatego teraz, gdy Wyklęci zostali nareszcie przywróceni historii, potrzebna jest rozmowa. Spokojna pozbawiona arogancji i pogardy, wolna od fanatyzmu i zacietrzewienia.

Mam nadzieję, że mój wpis nie będzie miał znamion arogancji i pogardy, będzie wolny od fanatyzmu i zacietrzewienia.

Myślę że historia jest po to, aby porządkować pamięć. W Polsce niestety, różne grupy różnych ideologów operowały i operują tą historią jak ścierką do podłogi.

Do szkoły podstawowej chodziłem w latach 60. ubiegłego wieku. Historii mnie uczono w szkole, ale ta najnowsza nie pokrywała się z tym co opowiadała mi babcia, i z tym co można było usłyszeć „w drugim obiegu” wśród dorosłych. Potem sam nauczyłem się rozumieć między wierszami i tak zostało.

narodowy Panteon zaczęły po cichu zaludniać postacie jeszcze przed chwilą zupełnie zapomniane, nieistniejące w masowej świadomości. Inka, Łupaszka, Rój... Tak, po latach, trochę nieoczekiwanie, pojawili się Żołnierze Wyklęci.

Pojawili się, choć oni byli w pamięci szczególnie starszego pokolenia. Pojawili się tak, jak pojawia się wojsko na rozkaz? Na czyj rozkaz? Znając odpowiedź na to pytanie, znamy w czyim interesie ci „żołnierze wyklęci” walczą.

Zastanawiam się, szukam odpowiedzi i próbuję na własny użytek interpretować przekazy „polityki historycznej”. Żołnierze to ramię zbrojne ugrupowania bądź rządu. Ale żołnierze wyklęci nie podlegali żadnemu naczelnemu dowództwu i byli potępiani nawet przez rząd londyński i opozycję antykomunistyczną w kraju. Oni nie walczyli z Rosjanami, oni walczyli z tymi, którzy po gehennie okupacji niemieckiej i po przejściu nawały walczących armii chcieli odbudować swoje domy, swoje małe ojczyzny. A na tą dużą ojczyznę – Polskę – starali się patrzeć realistycznie.

Więc pomimo wrzasku ideologicznego uważam, że była wojna domowa tych co stali na straży ładu społecznego, z tymi, co chcieli ten ład naruszyć. Takie były realia geopolityczne że ci, co stali na straży ładu społecznego mieli mandat do sprawowania władzy nadany nie przez społeczeństwo, ale przez porozumienia jałtańskie.

Prof. Andrzej Szahaj, filozof polityki tak pisze o współczesnej cenzurze (Tygodnik Przegląd nr 7/2018 str 63.):

Teraz na straży jednomyślności nie stoją już posługujące się terrorem rządy, ale ujednolicające nasze myślenie i posługujące się miękkimi środkami systemy reklamy, mediów oraz edukacji. Pojawia się presja, aby podporządkować się logice rynkowej we wszystkich aspektach naszego życia pod groźbą bycia uznanym za społecznie nieprzystosowanego.

Jestem świadomy tego, że mogę być uznany za „społecznie nieprzystosowanego”, ale mi to ...

Pozdrawiam, Józef Brzozowski Żory.

oto Dom

Prosze Pana

Ci ludzie po prostu nie przyjmują do wiadomości że w wyniku układów jałtańskich Polska była taka jaką być mogla, socjalistyczna, satelitą ZSRR albo Polską Republiką Radziecką, taka była wola koalicji anty hitlerowskiej ZSRR, Wielkiej Brytanii i USA, innej możliwości nie było.
Według dzisiejszej historii Jałty nigdy nie było, jak i nie było konferencji w Poczdamie, koniec kropka. Dzisiaj młodzież nie wie że w Jałcie ustalono jedynie wschodnie granice Polski a w Poczdamie zachodnie. Nie chcą wiedzieć że zachodnie granice Polski w Poczdamie ustalono wbrew stanowisku WB i USA. Dlatego, przez dziesięciolecia jedynym gwarantem granic Polski był ZSRR a społeczeństwo straszono rewizjonizmem zachodnio niemieckim. Nikt nie pamięta ze wracając lagrów syberyjskich, żołnierze z orzełkiem na czapce, bijąc Niemca, szli do Polski, jednych droga wiodła przez Lenino, innych przez Monte Casino i nie do nich należał wybór tej drogi.
Każdy udaje ze nie wie iż w bitwie o wał pomorski, jak i pod Tobrukiem, przelano tą sama polską krew, co ciekawe, również nie chciano o tym wiedzieć w czasach PRL.Tymczasem, biało czerwona flaga powiewając na bramie brandenburskiej w Berlinie, głosiła chwale oręża polskiego, o tym też zapomniano, a szkoda.

oto Ireneusz

Oj tak

Trzeba wyjątkowo siebie samego nienawidzić, aby zaprzeczać tej prawdzie. I wymyślać co chwilę coraz to nowsze wersje historii. A historia Polski jest wyjątkowo krwawa i wyjątkowo nawiniacko wpływna. Polak zawsze prezentuje się negatywnie ze strony innych Narodów, pewnie stąd się bierze ten nieustający kompleks i poczucie skrzywdzenia przez historię - nota bene tak zmyślnie podbijany przez wrogów Polski.
Nic tak pięknie nie działa autodestruktywnie, jak poczucie wyizolowania. Więc Polacy, zamiast szukać tej jedynej historii dla siebie, pokochajmy wreszcie swoją własną prawdziwą historię. Bez zbytniej gloryfikacji tych jednych nad drugimi, i vice versa...

oto Krzych Adam

Czytam i nadziwić się nie mogę jak bardzo można iść w zaparte.

Poza bardzo rozsądnym zwróceniem uwagi przez p. Józefa na to, że niekoniecznie wszyscy dzisiaj mają czyste intencje gdy mówią o "Żołnierzach Wyklętych" co oznacza, że może to być dla pewnych ludzi sposobność do podsycania nastrojów antyrosyjskich, zupełnie nam dziś niepotrzebnych, a wręcz ogromnie szkodliwych, widzę tu reakcje które tylko mają sens jeśli pochodzą od tzw polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej z którą polski naród musi znosić wspólistnienie na polskim terytorium. Tej wspólnoty, dziś już pewnie w drugim, a może i trzecim pokoleniu, która przybyła na sowieckich czołgach, a potem rozrosła się na drodze kooptacji na miejscu.

Zjawisko "Żołnierzy Wyklętych" nie było wojną domową, był to beznadziejny i rozpaczliwy opór wywołany zaprowadzonym przez nowe władze terrorem. A terror ten, którego nawet nie byłyby w stanie realizować te władze własnymi siłami, bo przez lata, przynajmniej pierwsze lata, ciężar działań spoczywał na oddziałach NKWD i Smiersza, był dla tych władz niezbędny w warunkach, o których świadczą wypowiedzi i Stalina i Gomułki z tamtego okresu, że poparcie dla nowych władz w kraju było wówczas bliskie zeru. Nie zgadzam się zatem z tym zdaniem p. Józefa:

... oni walczyli z tymi, którzy po gehennie okupacji niemieckiej i po przejściu nawały walczących armii chcieli odbudować swoje domy, swoje małe ojczyzny.

Oni sami, ci "Żołnierze Wyklęci" też "chcieli odbudować swoje domy, swoje małe ojczyzny" ale im nie pozwolono.

Powrócę jednak na chwilę do kwestii intencji pewnych środowisk, które z uczczenia ofiar tragicznego dla narodu okresu terroru, czegoś co powinno mieć charakter zbliżony do wspomnień w powadze i smutku o tych którzy od nas odeszli w Dzień Zaduszny czynią jakiś triumfalistyczny kult. Tych samych, które z jak najbardziej słusznego usuwania z przestrzeni w której żyją Polacy nazw ulic poświęconych jakimś "Walterom", czy Marchlewskim, czy Dzierżyńskim, albo z usuwania pomników, które sami sobie Sowieci postawili na polskiej ziemi i nazwali je naszymi "pomikami wdzięczności" uczynili narzędzie zamazywania lub zamilczania historii. Poprzez usuwanie wszelkich jej.śladów. Są to działania podobne do panowania nad historią opisane przez Orwella, czy do retuszowania fotografii w Sowietach by usunąć "bywszych liudiej".

To jednak nie zmienia faktu, że "argumenty" użyte powyżej są delikatnie mówiąc opaczne. Mniej chodzi mi o p. Ireneusza, nawet jeśli uważam, że pierwsze zdanie jego postu jest absurdem. Bardziej o banialuki pana o nicku Dom, piszącego zupełnie nie na temat. Bo i co ma wynikać z faktu iż po Jałcie Polska została oddana na pastwę Stalinowi? Że ci, których aparat terroru uznał za wrogów powinni się karnie ustawić w kolejce do kazamat NKWD i UB? Albo przed dołami śmierci na Łączce? Także co ma z tematem "Żołnierzy Wyklętych" to, że dla tych którzy spóźnili się na Andersa jedyną drogę wyjścia z łagrów oferował Berling? Albo co z kolei ma wspólnego z tym tematem krew przelana na Wale Pomorskim, czy biało-czerwona flaga na Bramie Brandenburskiej?

oto kaktusnadłoni

Szanowny Panie Krzysztofie.

Z całym szacunkiem, ale wydaje mi się że Pan tylko zerknął na komentarz @Dom i napisał obszerny komentarz.

Komentarz @Dom jest bliższy memu poczuciu historii niż to Co Pan pisze.

To oczywiste że w wielu ludziach po wojnie była niezgoda na działania legalnej władzy. Rozumiem nawet wściekłość na oprawców z NKWD i UB, ale nie mogę przyjąć do wiadomości i pochwalić zbrojnego oporu. Panie Krzysztofie, w młodości parę razy byłem brutalnie pobity przez milicję i typków po cywilnemu na komendzie. Do dziś uważam, że nawet mając rację (nie zawsze), nie powinni mnie tak poniewierać, ale nie wyobrażam sobie że mógłbym wziąć giwerę i w zasadzce, znienacka, powystrzelać tych bandytów. Obecne rządy pana Kaczyńskiego też mnie się mocno nie podobają, ale w żadnym wypadku nie poparłbym zbrojnej opozycji czy (gorącej) wojny domowej.

A po zakończeniu II wojny światowej, była wojna domowa, a przynajmniej walki bratobójcze.

oto Krzych Adam

Drogi Panie Józefie.

Pewnie że były to też i walki bratobójcze. Gdy żołnierz wzięty z poboru do KBW uczestniczył w obławie na swych współrodaków, którzy w lesie się kryli by uniknąć zaprowadzonego przez zainstalowane przez Sowiety władze terroru, w tym tortur w kazamatach NKWD czy UB.

Przez wszystkie grupy zbrojne określane dziś zbiorczo jako Żołnierze Wyklęci przewinęło się między 120 a 180 tysięcy uczestników niepodległościowego podziemia antyhitlerowskiego. To nie byli maniakalni bratobójcy, czy ot taki sobie z jakiejś czystej fantazji przejaw "niezgody na działania legalnej władzy". Postawili opór bo jako ci którzy uprzednio działali dla niepodległości kraju byli celem terroru tych "legalnych władz".

Przeczytałem dokładnie co napisał p. Dom. Nie cofam z tego co ja o tym napisałem ani słowa. Napisał on banialuki nie na temat. Nie ma żadnej sprzeczności między godnym uczczeniem ofiar terroru z okresu wprowadzania i utrwalania władzy komunistów w Polsce, a czczeniem pamięci żołnierzy walczących na Wale Pomorskim czy zatykających polską flagę na Bramie Brandenburskiej. Szukanie ich jest rzeczą niegodną, niezależnie od tego kto to robi.

oto kaktusnadłoni

Panowie Dom i Ireneusz

Polityka historyczna, ważna moim zdaniem, bo to nasza świadomość, nasza godność.
Ale równie ważna jest polityka państwa, bo to nasze bezpieczeństwo i nasza przyszłość.

We wczorajszym Tygodniku Przegląd prof. Bronisław Łagowski w felietonie „Czy Polskę stać na niepodległość?” tak pisze:

Mistrzem ceremonii, jakie odbędą się z okazji stulecia niepodległości, będzie prezydent Andrzej Duda. I tenże sam prezydent Duda jest mistrzem ceremonii, gdy odbywa się instalowanie w Polsce uzbrojonych oddziałów armii Stanów Zjednoczonych. (…) Stany Zjednoczone systematycznie przesuwają swoje bazy wojskowe w pobliże granic Rosji, bo mają w stosunku do tego państwa pewne zamiary. Ja tych zamiarów nie oceniam, one występują z nieuniknionością praw natury, niczym ocieplenie klimatu, z tym że nie o jakimkolwiek ociepleniu można tu mówić, lecz najpierw o zimnej, a później o gorącej wojnie regionalnej, w której Polska razem z Prybałtyką ma role do odegrania jako zapalnik i pobojowisko. (…) Windowanie niepodległości do sfery najwyższych ideałów politycznych ma w sobie coś kłamliwego, gdy idzie w parze z entuzjastycznym instalowaniem obcych baz na swoim terytorium. Niech więc prezydent Andrzej Duda znajdzie w czasie celebrowania setnej rocznicy okazję do uroczystego oświadczenia: rezygnujemy z pełnej niepodległości, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, które naszym zdaniem – niektórzy mówią, że błędnym – jest zagrożone od wschodu. Degradujemy niepodległość do rzędu wartości podrzędnych, relatywnych i tak będziemy ją przedstawiać w naszej polityce historycznej.

[Tygodnik Przegląd nr 8/2018 str 13]

Mam 64 lata, nie wiem czy na to doczekam, ale uważam że zezwolenie obcemu mocarstwo na bazy wojskowe na terenie Polski bez wyraźnej zgody narodu wyrażonej w referendum, jest (moim zdaniem – emerytowanego górnika, nie prawnika) działaniem przekraczającym zakres kompetencji i ci co wyrazili zgodę na te bazy winni stanąć przed Trybunałem Stanu.

Świadomy, mam nadzieję obywatel, Józef Brzozowski

oto Natalia Julia Nowak

kaktusnadłoni

Mam 64 lata, nie wiem czy na to doczekam, ale uważam że zezwolenie obcemu mocarstwo na bazy wojskowe na terenie Polski bez wyraźnej zgody narodu wyrażonej w referendum, jest (moim zdaniem – emerytowanego górnika, nie prawnika) działaniem przekraczającym zakres kompetencji i ci co wyrazili zgodę na te bazy winni stanąć przed Trybunałem Stanu.

Ja mam 27 lat i uważam dokładnie tak samo (a nawet więcej: ośmielam się twierdzić, że w suwerennym państwie w ogóle nie powinno być obcych wojsk). Niestety, pisiory wierzą, że sprzeciw wobec baz NATO w Polsce to "występowanie przeciwko polskiej racji stanu". :(

oto chłop jag

Polski nie ma - zamordowano

ją w ubiegłym wieku - natomiast historię o tej zamordowanej Polsce pisali jej mordercy - tołażysze.
Wniosek?
Nie obrzucajmy g*wnem polskich bohaterów tamtych czasów - bo zrobili to wcześniej ci - co to do pospołu mordowali Polskę w ubiegłym wieku - tołażysze.

oto Eowina

Każde pokolenie, a nawet każda władza pisze historię

na nowo. Odbywa się to w ten sposób, że niektóre fakty się pomija, a uwypukla inne, w zależności od potrzeb. Stąd czytając nową historię jest łatwo zauważyć jakie są priorytety i potrzeby propagandowe rządzących.

Zwyczajni ludzie skutkiem tego są poddani obróbce propagandowej i starają się nadążyć za tymi historycznymi zmianami. Zwykły człowiek nie wie jak było naprawdę, nie zna szczegółów i emocjonalnie komentuje nową historię w zależności od tego kogo bardziej lubi. W tym wypadku w tle jest Rosja, albo ZSRR, stąd wartość polskiej krwi jest zależna pod jakim sztandarem ginęli: czy sowieckim, czy brytyjskim.

Szczęśliwie dla Polaków się złożyło, że po latach po "okupacji" sowieckiej czyli rosyjskiej mają możność cieszyć się towarzystwem zachodnim. Na razie nie ma wiele wojska, ale "okupacja" cywilna jest jak najbardziej. Jeżeli nie pojawią się siły zwalczające nowych "okupantów" to znaczy, że zostały zaspokojone oczekiwania i odwieczne marzenia Polaków.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.