Wolska Droga Krzyżowa

Z działaczem narodowym i katolickim Jerzym Marianem Zielińskim rozmawia Zbigniew Lipiński

Od 14 lat organizujesz Wolską Drogę Krzyżową w celu uczczenia pomordowanych przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego 50 tysięcy mieszkańców Woli. Czy ktoś z Twojej rodziny miał związek z Powstaniem?

Tak, moja mama Teresa z domu Czekajewska, mieszkała w tym czasie na ul. Dworskiej, obecnie Kasprzaka. Naprzeciwko w szkole powstańcy rozlewali benzynę do butelek. W pewnym momencie ktoś krzyknął, że od Bema jadą niemieckie czołgi. Wtedy matka uciekła. Miała wtedy 17 lat. Kiedy przyszli powstańcy, by zwerbować mężczyzn do oddziału, moja matka wstąpiła do oddziału za szwagra, ponieważ jej siostra była wtedy w stanie błogosławionym, a poza tym mieli jeszcze dwójkę dzieci. Ktoś przecież musiał opiekować się rodziną. I właśnie rozlewała benzynę dla powstańców. W Powstaniu zginął mój wujek Józef Czekajewski od strzału z niemieckiego samolotu. Z kolei na Wolskiej w dawnej fabryce Franaszka zamordowano mojego dziadka Mariana Zielińskiego. Jego ciało zostało spalone wraz z innymi pomordowanymi na stosie ciał sięgającym jednego piętra.

Stłumienie Powstania stanowiło jedną wielką zbrodnię. W tej zbrodni zaistniała jeszcze jedna wyjątkowa – wymordowanie 50 tys. mieszkańców Woli. Czy rozmiary tego bestialstwa stanowiły dla Ciebie inspirację do zorganizowania WDK?

Z martyrologią Powstania i samej Woli stykałem się od dziecka. Tam zresztą wychowałem się. Słyszałem wiele opowieści o Powstaniu, stanowi ono już część mojego jestestwa. Natomiast pogląd na decyzję o wybuchu wyrobiłem sobie pod wpływem działaczy narodowych, takich jak np. Leon Mirecki, Napoleon Siemaszko, czy też lektur. Przeczytałem np. książkę ks. prałata płk. Stanisława Tworkowskiego pt. „Ostatni rzut”. Pełnił on posługę kapelana powstańców i wspomnienia zawarł właśnie w tej książce. Utkwiła mnie w pamięci jedna scena. W czasie posługi w jednym z mieszkań zobaczył portret Piłsudskiego i patrząc nań powiedział: „Aha, teraz już rozumiem, to jest pierwsza brygada w drugim wydaniu”. Nazajutrz został wezwany do swojego zwierzchnika ks. Stefana Piotrowskiego, który w sposób dosadny zwrócił mu uwagę na niewłaściwość jego zachowania. Przyszli bowiem do niego dowódcy i oskarżyli ks. Tworkowskiego o „sianie defetyzmu”, za co grozi kara śmierci. Ks. Piotrowski sprawę załagodził, dzięki czemu autor przeżył. Krokiem milowym w kształtowaniu mojego poglądu na wywołanie Powstania stała się książka Jana Matłachowskiego „Przyczyny wybuchu Powstania Warszawskiego”. Miałem okazję z nim rozmawiać. Powiedział wtedy, że Stronnictwo Narodowe zostało oszukane, gdyż zryw zbrojny miał się dokonać w zupełnie innych okolicznościach. Ja zawsze rozróżniałem odpowiedzialność za decyzję o wybuchu Powstania od bohaterstwa powstańców. Żołnierze podziemia nie brali udziału w decyzjach, wykonywali rozkazy swoich przełożonych z najwyższym bohaterstwem. Nawet żołnierze i dowódcy NOW oraz działacze Ruchu Narodowego, chociaż widzieli bezsens tego zrywu, w walkach wzięli udział i płacili, jak inni swoją krwią i życiem. Ale np. w książce Marii Okońskiej czytamy, że jeden z działaczy narodowych przyszedł do jej brata, oddał wszystkie elementy przynależności do organizacji, mówiąc, że nie weźmie udziału w zbrodni przeciw narodowi. Wspomnę jeszcze jedno opracowanie działacza narodowego Edwarda Długoszewskiego pt. „Młodość utracona”. Według niego endecy byli wysyłani na najbardziej straceńcze walki. Spotkał się nawet ze stwierdzeniem „a niech endecy giną”.

Tak, władze SN nie miały wpływu na tę decyzję, za którą ponosi odpowiedzialność sanacyjne dowództwo AK.

Być może gdyby mocniej postawili sprawę do tragedii w Warszawie nie doszłoby. Tak właśnie stało się w Krakowie, o czym wiem od Jana Szpondera, żołnierza NOW-AK Okręgu Krakowskiego. Ostrzegli miejscową komendę AK, że jeśli zorganizują powstanie jak w Warszawie, zostanie na nich wydany wyrok śmierci.

Ale wróćmy do postawionego pytania.

W 2004 roku odbyły się kolejne obchody rocznicy Powstania. Zraziły mnie one swoją swego rodzaju niefrasobliwością, czymś w rodzaju festynu. To nie licuje z tą tragedią. Nie znalazłem w nich cienia poważnej refleksji. Natomiast trudno było i jest przebić się z prawdą o tej decyzji do mediów. Dlatego w Kole Radia Maryja przy kościele pw. Ducha Świętego na ul. Broniewskiego, podjęliśmy decyzję, by w inny sposób uczcić pomordowanych i poległych – poprzez modlitwę, właśnie organizując Wolską Drogę Krzyżową. Trasa tego marszu modlitewnego wiedzie przez pomniki i inne miejsca upamiętnień pomordowanych przez Niemców na Woli. Założyliśmy, że nie będziemy organizować tłumów, wielkiej manifestacji, ale ma być to modlitwa skromna, cicha. Zadecydowaliśmy tak również ze względów organizacyjnych, jak i obawą przed prowokacją, jaka może zdarzyć się podczas licznych zgromadzeń. Każda modlitwa jest ważna, nie potrzeba do tego tłumów. A modlitwa nie może być formą demonstracji politycznej.

Przypomnę tylko niektóre stacje: stacja I kościół św. Wawrzyńca przy ul. Wolskiej – zamordowanych 1500 Polaków; stacja II cerkiew prawosławna przy ul. Wolskiej – zamordowanych 60 dzieci z prawosławnego domu dziecka; stacja IV Park Moczydło – 7.000 ofiar; stacja IX dawna fabryka „Ursusa” - 7.000 zamordowanych; stacja X dawna fabryka Franaszka – 7.000 ofiar. Idąc od stacji do stacji, odmawiamy różaniec. Drogę Krzyżową kończymy przy Pomniku Pamięci 50 tysięcy mieszkańców Woli zamordowanych przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego, który znajduje się u zbiegu ulic Leszno i Al. Solidarności.

Wróćmy na chwilę do pierwotnego składu organizatorów. Czy ludzie ci nadal uczestniczą w WDK?

Część odeszła, niestety. Ci najbardziej radykalni, którzy przy każdej okazji nie tylko atakują decyzję o powstaniu, ale również uczestników. Istnieje przecież coś takiego, jak cnota roztropności. Do tej grupy należał Sławomir Zakrzewski przez 10 lat bardzo aktywny współorganizator Drogi. Ale nasza współpraca ustała.

Czy Kościół wspiera tę inicjatywę?

Po zaanonsowaniu WDK (idzie ona chodnikami, nie ulicami) udaję się do Wydziału Duszpasterstwa Kurii gdzie informuję o inicjatywie, a następnie udaję się do parafii, przez które przechodzi Droga Krzyżowa i zawiadamiam proboszczów o zamiarze przejścia wiernych przez daną parafię. Nigdy nie spotkałem się ze sprzeciwem. W czasie Drogi rozdajemy ulotki, aby pobudzić do refleksji. Od dłuższego czasu naszym patronem duchowym jest o. prof. Paweł Mazanek, CSsR. W pewnym momencie wychodzi nam naprzeciw i przejdzie kilka stacji, modląc się z nami. Siostry Karmelitanki modlą się za powodzenie naszej inicjatywy każdorazowo. Karmelitankom w czasie Powstania groziło wymordowanie. Gdy były prowadzone na stracenie, jedna z nich, biegle władająca niemieckim, powiedziała dowódcy, że jeśli im się cokolwiek stanie, to dowie się o tym cały świat, gdyż są one zakonem hiszpańskim, a Hiszpania jest sprzymierzeńcem Niemiec. Wtedy niemiecki dowódca cofnął rozkaz i siostry wróciły do klasztoru. Natomiast Redemptoryści zostali zabici co do jednego strzałem w tył głowy. Za każdym razem dowódca morderców mówił do przełożonego „popatrz, jak giną twoje klechy”. Jego zamordował osobiście strzałem w twarz.

Zarówno w mediach rządowych, jak i antyrządowych nie zauważyłem najmniejszej wzmianki o WDK. Może przeoczyłem, a może przedtem było inaczej.

Nie przypominam sobie również takiej informacji. Raz tylko „Gość Niedzielny” zamieścił wzmiankę na ten temat.

Jak wygląda strona duchowa tej inicjatywy?

Ponieważ Drodze nie przewodniczy kapłan, ale świecki, nie prowadzimy rozważań na głos, aby nie popełnić błędu. Każdy to czyni po cichu, w swoich myślach i sumieniu. Między stacjami odmawiamy poszczególne tajemnice różańca świętego, jedną albo dwie, to zależy od odległości. Idąc od ostatniej stacji do pomnika „ściany” odmawiamy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Początkowo uczestników informowałem, co wydarzyło się przy każdej stacji. A były to wydarzenia straszne. Kiedyś spotkałem się z panią, która modliła się przy stacji V – przy ul. Wolskiej, gdzie ofiarą Niemców padło 2.500 Polaków. Powiedziała mnie, iż ona jedna ocalała z tej rzezi, ponieważ w tym czasie nie było jej w domu. Przy okazji zaznajomiła mnie z innym wydarzeniem, charakterystycznym dla Powstania. Jej szwagier z kolegą dostali rozkaz zaatakowania placówki niemieckiej w określonym czasie. Co logiczne, jeden z nich poszedł do dowództwa, aby dostać broń. W odpowiedzi usłyszał, że teraz nie ma broni, ale dostaną. I nie otrzymali do czasu, gdy mieli wykonać rozkaz. Cóż, nie poszli z gołymi rękami na niemieckie armaty.

Powstanie wywołano przy ogromnym niedoborze broni. Ale np. na Pradze nie prowadzono walk.

Taką decyzję podjął płk Antoni Żurowski, który odwołał wszystkie rozkazy po dwóch dniach od wszczęcia walk, gdyż uważał, że nie ma prawa skazywać ludzi na daremną śmierć. „Nie dam ludzi na zagładę” - powiedział. Co ciekawe, nie ma opisu tego wydarzenia w oficjalnych publikacjach.

Przytaczałeś niektóre stacje wraz z liczbą pomordowanych. Każde takie miejsce robi wrażenie. Czy jest jakaś stacja, która akurat Ciebie szczególnie wzrusza?

Tak, to stacja IX, dawna fabryka Ursusa. Zawsze gdy tam się modlę, mam ściśnięte gardło. Dlaczego? Otóż pani Wanda Lurie, z trojgiem małych dzieci, a czwarte było w drodze, została sprowadzona z ulicy Działdowskiej na teren tej fabryki. Chciała uratować życie dzieci i swoje, próbując przekupić Niemca, ale ten nie zgodził się. Gdy zaprowadzono ją na miejsce kaźni – jedno z podwórek – zobaczyła stosy trupów i krew po kostki. Wtedy jej synek zawołał: „Mamo, oni nas chcą zabić”. Niemiec strzelił do tego chłopca, zabił pozostałą dwójkę, i strzelił do matki. Ona pada na stos trupów. Jak się okazało, była tylko postrzelona. Gdy oprzytomniała i zobaczyła zabitą trójkę dzieci, odechciało się jej żyć. Ale w tym momencie, poruszyło się dziecko w jej łonie. I wtedy postanowiła przeżyć dla jeszcze nienarodzonego dziecka. W nocy udało jej się uciec z miejsca kaźni i dotarła do kościoła św. Wojciecha. Dostała się do obozu przejściowego, a następnie w Milanówku urodziła syna, który żyje do dziś. To dr Mścisław Lurie. Jego matka do końca życia chodziła w żałobie. Po pewnym czasie straciła wzrok. Ta stacja i to wydarzenie ma dla mnie szczególne znaczenie jako obrońcy życia dziecka poczętego.

Dziękuję za rozmowę.

Jerzy Marian Zieliński – ur. w 1947 r. w Warszawie, rzemieślnik (przetwórstwo tworzyw sztucznych), obecnie emeryt. Związany ze środowiskiem narodowym od 1971 r. Działacz Polskiego Komitetu Obrony Życia i Rodziny, następnie z Pol. Komit. Obrony Życia Rodziny i Narodu. Od 1979 r. uczestnik spotkań w tzw. salonie Napoleona Siemaszki. Współinicjator wmurowania tablicy ku czci R. Dmowskiego w Katedrze św. Jana w Warszawie. W 1987 r. wstąpił do Stronnictwa Narodowego na Przymusowym Wychodźstwie. Współzałożyciel Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, po zjednoczeniu działacz Stronnictwa Narodowego. Organizator corocznej Mszy św. za duszę Romana Dmowskiego. Udziałowiec przebudowy grobu Dmowskiego. Działacz Duszpasterstwa Pielgrzymkowego „Straż Polska”, aktywny w działaniach na rzecz obrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci.

oto Zbigniew Lipiński Zbigniew Lipiński

publicysta polityczny, publikuje w "Myśli Polskiej"
www.mysl-polska.pl

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
5
Ogólna ocena: 5 (głosów: 5)

Tematy: 

Dyskusja

oto Krzysztof M

"Stłumienie Powstania

"Stłumienie Powstania stanowiło jedną wielką zbrodnię." A jego wywołanie jeszcze większą !

Ci, którzy wywołali Powstanie musieli się liczyć z konsekwencjami. Może to i byli zbrodniarze. Ale nie idioci. Więc to oni są odpowiedzialni za skutki.

oto Czesław

Endecy bójcie się Boga (przynajmniej)

"Tak, władze SN nie miały wpływu na tę decyzję, za którą ponosi odpowiedzialność sanacyjne dowództwo AK.". Z tego wynika że gen Sikorski to "sanacja" a ówczesny premier Rządu Londyńskiego Mikołajczyk to też "sanacja". Jak publicznie można głosić takie bzdury, Endecy w swojej jakiejś atawistycznej nienawiści za wszystko co złe obarczają "sanację". Należy przypomnieć dodatkowo że tak gen Sosnkowski jak i gen Anders (piłsudczycy) byli przeciwni powstaniu. Ale pomijając te endeckie idiotyzmy, to powinniśmy naprawdę nagłośnić na cały świat tą zbrodnię na ludności cywilnej Warszawy po Powstaniu. Zaniechanie z naszej strony wprost haniebne, bo tylko obarczanie się wzajemne nie popełniona winą.

oto Krzysztof M

Z tego wynika że gen Sikorski

Z tego wynika że gen Sikorski to "sanacja" a ówczesny premier Rządu Londyńskiego Mikołajczyk to też "sanacja".

Wszystko, co było przy władzy w latach 1926-1939, to "sanacja". ... Wszyscy. Ci, którzy nie pasowali do tej sanacji, a mieli szanse objąć stanowiska, kończyli w piachu (patrz: konkurenci Rayskiego).

oto chłop jag

Obowiązujący - hipotetyczny

Pakt - Ribbentrop Beck a także wskrzeszenie banderlandu - mówi nam tylko tyle, że to co zostało z Polski po 1989 roku - dalej znajduje się to - na piekielnym ruszcie - tołażysze.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.