Kwestia celu, czyli tam skarb twój gdzie serce twoje

*** Disclaimer ***
Tekst trochę trudny i ciężki, nie polecam. Zdaję sobie sprawę, że nie bardzo pasuje na portal ogólny, wklejam tym razem. Jak będą uwagi, to najwyżej będę dodawał odnośniki do takich tekstów, prowadzące do mojego caminowego bloga, wtedy, kto zechce ten przeczyta.
***

Camino łączy się z ogromnym zasobem pozytywnych wrażeń. Cudowne widoki, niezwykła atmosfera, doświadczenie jednocześnie samotności pozwalającej "spotkać samego siebie", jak również towarzystwa ludzi jedynych takich, szczerych, radosnych, prawdziwych. Urok tej drogi jest tak wielki, że pomimo oczywistych niewygód, zmęczenia, pęcherzy - ludzie chcą na nią wracać.

"Caminoza" - tak się nazywa potocznie to pozytywne uzależnienie od Camino. Bo bądźmy szczerzy - tam inny świat, bardziej ludzki, piękniejszy, prawdziwszy. Tak też nieodmiennie Camino bywa opisywane i wspominane w licznych, wartych przeczytania wspomnieniach. Generalnie można je podsumować dość powszechnie znanym stwierdzeniem - to droga jest najważniejsza.

A co jeśli by przez cały miesiąc naszej wędrówki przez Hiszpanię - padało. Każdego dnia. Od rana do nocy. Nadal byśmy tęsknili za "drogą"? Co jeśli na dodatek napotkani ludzie byliby niemili, nieufni, czasem nieprzyjemni albo wrodzy? Co jeśli w połowie miejscowości okazywałoby się, że nie ma miejsca do spania. a właśnie leje?

Bruce Lee w swoim ostatnim filmie uczy młodego chłopca: - Gdy mędrzec wskazuje księżyc, nie patrz na palec, bo umknie ci niebiański blask. - Tęsknimy do pozytywnych wrażeń. W zasadzie całe nasze życie jest grą o pozytywne emocje, które czerpiemy z otoczenia. Większości ludzi ta gra się udaje. Znaleźli ludzi, których mogą kochać z wzajemnością, pracę, która daje im satysfakcję, rodzinę, która jest oparciem i życie, które przynosi poczucie spełnienia. Są oczywiście negatywy, ale te zastępujemy pozytywami, więc szukamy, pragniemy, wrócić na przykład na Camino.

Części ludzi jednak ta gra nie wychodzi. Więcej w niej przegrywają, niż osiągają. Oferujemy im strategie, jak osiągnąć więcej, więcej satysfakcji, więcej korzyści, więcej pozytywnych doświadczeń. I te strategie działają. Czasami. Bo życie może się okazać, przyznajmy to - rzadko - drogą, na której wyłącznie pada. Na której ludzka niechęć i egoizm. Na której ilość bólu okaże się ponad, wytrzymałość psychiczną człowieka.

Wtedy spirala w dół. Modyfikacja przekonań, że wszystko "do dupy" więc skrzywdźmy kogoś albo siebie. Że ludzie są podli, więc podstawmy nogę, bo tak jest w życiu. Więc napijmy się, by na chwilę uciec i co nas to wszystko obchodzi. Więc czasem już nic nie chcemy, tylko chwilowej ulgi od tej otępiającej drogi, na której - no tak, wyjątkowo - trafiła nam się taka "pogoda i okolica". Czasem tej ulgi szukają ludzie za cenę ostateczną. Jedno miasteczko w Polsce 6 000 ludzi, popełnia co roku samobójstwo. Wszyscy. Całe sześć tysięcy. Bez wyjątku. Pokiwamy głowami.

Więc dla dziewięćdziesięciu procent ludzi Camino będzie elementem pozytywnej życiowej energii, źródłem osiągania przyjemnych i budujących doznań. W takim wymiarze jest niezwykle cennym doświadczeniem życiowym, które warto polecać każdemu. Jednak w tym zapatrzeniu na ową cudowną drogę, tak przygotowaną dla pielgrzymów, zwłaszcza w Hiszpanii, cel przestaje widnieć na pierwszym miejscu. Santiago staje się mniej istotne, staje się pretekstem, który umożliwia doświadczanie nam drogi, z jej upragnionym i oczekiwanym urokiem.

"Tam skarb twój, gdzie serce twoje" - głosi stara maksyma Templariuszy. Powstaje pytanie, gdzie jest nasz skarb? I jest on w ludziach, których kochamy, w naszej pracy, w tej cudownej Drodze, na której tyle wrażeń, widoków i spotkań. Nasz skarb jest w nas, bo siebie chcemy odbudować, wzmacniać, odnaleźć. I może się stać, że to tak naprawdę - to znaczy w naszych odczuwanych emocjach, a nie w deklaracjach - to cały nasz skarb. Nasz skarb jest tu, na wyciągnięcie ręki, na Ziemi.Bo ku niemu skłania się nasze serce.

A jednak to Santiago pozostaje. Nie jako skarb, ale jako wyzwanie dla naszego poszukiwania szczęścia na Ziemi. Pozostaje szczególnie wtedy, gdy doświadczamy na Drodze bólu. Niepewności. Strachu. Opuszczenia. Trudno o takie doświadczenia na przygotowanej drodze i przy przygotowanym portfelu. Nie po to przecież wychodzimy z domu, by doświadczać nieprzyjemności.

A jednak te negatywy, jak czasem negatywy w życiu, mogą pozwolić. Mogą pozwolić doświadczyć i zobaczyć, pełną wagę celu.

Do czego jesteśmy przywiązani? Do drogi czy do celu? Zaproponujemy "kompromisowe" rozwiązanie? Układną i sprytną odpowiedź, że jedno nie wyklucza drugiego? I ta odpowiedź pozwoli nam ze spokojem nadal przywiązywać się do drogi? Bo to nam potrzebne? Bo dzięki temu czujemy się nieporównanie lepiej?

"Jak trwoga, to do Boga" - to ludowe porzekadło ilustruję tę prawidłowość, że gdy otoczenie nas zawodzi, gdy już w nim nie możemy znaleźć wsparcia, podbudowy, schronienia, wtedy uciekamy gdzieś poza wszystko, co nam dane w doświadczeniu, uciekamy do Boga, do Celu poza naszym światem i doświadczeniem.

Ten cel, który nie jest drogą, ale który drogę tworzy, ten cel wywołuje nas z domu, ale nie po to, byśmy z kolei zostali na drodze. On jest po to, byśmy w nim umieścili nasze serce. Wtedy, deszcz, ból, przeciwności przestają mieć znaczenie. Bo liczy się cel. A cel nie jest w nas, ani w niczym obok nas, niczym czego doświadczamy. Więc gdy nasze życie się "rozsypuje", gdy rujnują je fale tsunami życiowych okoliczności, gdy szkwały i nic już innego, to cel pozwala nam iść. Bo jest "poza". Bo ludzie potrzebują sensu. Bo tam - "poza" umieściliśmy swoje serce.

I wtedy ten cel zaczyna promieniować, sensem, nadzieją, miłością. Staje się jedynym powodem, dla którego idziemy. Staje się częścią nas, a my przestajemy być ludźmi "stąd" i zaczynamy być ludźmi "stamtąd", to znaczy z "nieznanego", z "niezwykłego", z "poza". I wtedy deszcze nas nie łamią, a słońce jaśnieje w nas bardziej niż wtedy, gdy w nim pokładaliśmy swoją nadzieję. Bo i deszcz i słońce zaczynają się przeglądać w "poza", to jest w naszym sercu, które jest otwarte na ten niezwykły Cel.

Santiago to metafora, to znów "palec pokazujący księżyc". Dochodząc do Santiago, możemy dochodzić o wiele dalej, do miejsca, którego nie ma na Ziemi, dotykać "królestwa", oddawać serce tej nadziei, która zawieść nie może. Wszystko jest być może drogą, wiodącą nas do tego Celu lub do minięcia się z nim. Może to sam Bóg czeka na nas. Tam w Santiago na końcu Camino, tu w naszym domu - każdego poranka i wieczora, hen tam kiedyś, tego naszego ostatniego dnia, tej aktualnej podróży.

Cel nie jest nagrodą "kiedyś", za uporczywe i bolesne do niego dążenie "teraz". Cel jest i kiedyś, i teraz. Bo to Cel tworzy Drogę. Tworzy ją z naszych kroków ku Niemu skierowanych. I tak może pojawia się miłość. To jest - droga - właśnie. Coś co jest i co tworzymy między sobą, cel i my. I wtedy może, nie będziemy pragnąć, lecz będziemy źródłem, a droga czyli Camino stanie się prezentem jaki otrzymujemy i jaki dajemy od siebie.

-----------------------------------------------------------------------------------------
Moja najpiękniejsza książka :) http://camino.zbyszeks.pl/droga/

Crozant, France

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
5
Ogólna ocena: 5 (1 głos)

Tematy: 

Dyskusja

oto AnnaP

Cel jako efekt wewnętrznej miłości.

Tak jest i to mnie spotkało. Przestałam kochać siebie, straciłam pewność siebie, ale znów zaczęłam wyznaczać sobie maleńkie cele, by na nowo powstać. To już trochę trwa, ale wcześniej bagatelizowałam swój stan zdrowia i się zemściło. Teraz biorę się za zdrowie i powoli, może studia podyplomowe, na pewno powrót do angielskiego. Jeszcze daje sobie szansę. Moim życiowym celem było mieć własny dom, mały, gdzieś na wsi pod miastem, własny ogród, studnia. Niestety poza moim zasięgiem, ale nie jest to powód do załamywania się. Idę dalej...

oto Natalia Julia Nowak

Zbyszek S

Ja już zrealizowałam swoje cele. Mogę umrzeć spokojnie. Problem w tym, że śmierć jest tak daleko, że nawet jej jeszcze nie widać na horyzoncie.

oto Krzysztof M

Ja już zrealizowałam swoje

Ja już zrealizowałam swoje cele. Mogę umrzeć spokojnie. Problem w tym, że śmierć jest tak daleko, że nawet jej jeszcze nie widać na horyzoncie.

A nie ma pani ochoty pożyć dla kogoś?

oto Natalia Julia Nowak

Krzysztof M

Mam, dlatego interesują mnie kierunki medyczne w szkole policealnej. Na studia pielęgniarskie nie pójdę, bo nie mam matury z biologii wymaganej przez uczelnie państwowe, a na uczelnię prywatną mnie nie stać.

oto Robercik

Ja już zrealizowałam swoje

Ja już zrealizowałam swoje cele. Mogę umrzeć spokojnie.
w tak młodym wieku?
Problem w tym, że śmierć jest tak daleko, że nawet jej jeszcze nie widać na horyzoncie.
To jest problem? Proszę spojrzeć na życie z innej perspektywy. Może Pani jest w depresji?

oto Krzysztof M

Może Pani jest w depresji?

Może Pani jest w depresji?

Nie w "depresji", tylko źle jada. :-) Depresja, to odpowiedź co bardziej wrażliwych organizmów na braki tego i owego w żywieniu. ... Inna sprawa, że stress wypłukuje np. magnez z organizmu. Tak jak kawa.

oto Natalia Julia Nowak

Robercik

Trudno nie mieć depresji, gdy się widzi, że świat z roku na rok staje się coraz gorszym miejscem. Starym ludziom może to być obojętne, ale dla młodych jest to absolutnie przerażające. Najgorzej mają ci, którzy teraz przychodzą na świat. Oni nie mają najmniejszych szans na normalne dzieciństwo, normalną młodość i normalną dorosłość.

oto Krzysztof M

Trudno nie mieć depresji, gdy

Trudno nie mieć depresji, gdy się widzi, że świat z roku na rok staje się coraz gorszym miejscem.

Słońce wciąż wschodzi. Widziała pani ostatnio wschód słońca? A zachód? Proszę przejść się do parku, zobaczyć, jak bawią się dzieci. Ktoś się do pani uśmiechnie. Pani się uśmiechnie do kogoś.
...

oto Natalia Julia Nowak

Prawda o współczesnych dzieciach

O tym, jak się bawią dzieci w XXI wieku, to ja Panu chętnie poopowiadam. Mój kolega z szóstej klasy podstawówki gwałcił ławkę w klasie. Normalnie: podchodził do niej i wykonywał z nią pewne czynności seksualne. Innym razem ten sam kolega uskuteczniał - dokładnie przede mną - przedstawienie pt. "Kominiarz ci czyścił komina". Inny kolega, na lekcji w szkole, głośno deklamował wierszyki o macaniu dziewczyny po cipce. W szatni od wuefu dwunastoletnie dziewczynki (z wypiekami na twarzy) rozmawiały o tym, jak to pewna pani na pewnym zdjęciu rozdziawiała sobie dłońmi pochwę. Gdy któregoś dnia dzieci postanowiły się pobawić w szczerość i odwagę, pierwsze pytanie zadane w grze brzmiało: "Czy waliłaś się już z kimś, a jeśli tak, to z kim?". Wulgarne nawiązania do seksu - czy to na lekcjach, czy to na przerwach - były na porządku dziennym. Identyczna tematyka dominowała w śpiewanych przez dzieci piosenkach. Stylizowane penisy szpeciły mienie szkolne i uczniowskie zeszyty. A jeśli ktoś chciał kogoś obrazić, to używał obelg typu "Jesteś gwałcicielką kotów, psów...!".

W gimnazjum było jeszcze gorzej niż w podstawówce, a w liceum - jeszcze gorzej niż w gimnazjum. Nadmieniam, że jako podstawówkowiczka znałam ośmiolatkę z innej szkoły, która z dumą deklarowała: "Oglądam Playboy!" (to dosłowny cytat). Znałam też dwie inne dziewczynki, które miały bzika na punkcie erotyki. Obie z innych szkół, obie w wieku 10-11 lat.

To się nie działo wczoraj na Zgniłym Zachodzie, tylko kilkanaście lat temu na polskiej prowincji. Co tu dużo mówić... Nie lubię dzieci i nic tego nie zmieni. :)

oto Krzysztof M

Wow.

Wow.

Że przeczytałem, czy że dobre? :-)

oto Mark Epigon

Gdzie jest Twój skarb?

"Tam skarb twój, gdzie serce twoje" - głosi stara maksyma Templariuszy

- to nie Templariuszy maksyma - była używana wcześniej - Mt 6,21 - czyżby Pan nie wiedział?

- wciąż wypowiada się Pan w pierwszej osobie l. mn. - czy to maniera trudna do zwalczenia, czy coś innego?

oto Mar.Jan

Prawda obiektywna czy subiektywna? Rozważania o potędze myśli

życie może się okazać, przyznajmy to - rzadko - drogą, na której wyłącznie pada. Na której ludzka niechęć i egoizm. Na której ilość bólu okaże się ponad, wytrzymałość psychiczną człowieka.

Każdego w życiu spotykaja rzeczy dobre i złe. Jednak nie wierzę, aby mogło się zdarzyć, że na drodze zycia "wyłacznie pada". To nie jest prawda obiektywna. To może byc wyłacznie subiektywne odczucie konkretnego człowieka. Sa ludzie, którzy mają "umiejętność" wyolbrzymiania zwykłych trudności i problemów do rangi apokalipsy światowej.

Pracuję od lat z pewna koleżanką, której stałą cechą jest nieustanne frustrowanie się każdym problemem, jaki się pojawia w czasie pracy. Kazdy problem wywołuje reakcję wymyslania (na odległośc, bo reakcję zazwyczaj wyzwala otrzymany email) w rodzaju "co za becwał (baran, idiota itp), ja juz nie mam siły użerac się, rzuce te robote w diabły itd" tyrada zawsze trwa 5 minut po czym pani Małgosia pomstując zabiera się do rozwiązywania problemu. Jednak skutek jest taki, że wszędzie widzi złych ludzi, albo głupich, w Kościele sami zlodzieje, w pracy sami idioci, urlop do kitu bo padało itd. itp.

Tendencja do wyolbrzymiania NORMALNYCH trudności, oraz traktowania normalnych przeszkód jak złośliwości (świata lub ludzi) przeciwko sobie ma źródło w wewnętrznym błędnym nastawieniu do świata zewnetrznego.
Generalnie świat staje się taki, jakim człowiek go postrzega. Jest to odczucie subiektywne. I to jest dopiero prawda obiektywna.
Świat nie jest złośliwy. Świat jest obojętny i człowiek powinien traktowac pojawiające sie problemy po prostu jak zadania do wykonania. POjawił sie problem, to znaczy, że trzeba go przeanalizowac, wymyslic kilka rozwiązań i wybrać najlepsze a następnie realizowac to rozwiązanie. Jesli sie nie uda problemu rozwiązać, bądź z jednego wykluje sie kolejny wskutek niedoskonałości rozwiązania nastepny, trzeba go potraktowac tak samo. W stosunkach z innymi ludźmi trzeba nauczyć się traktować ich zawsze tak, jak gdyby dązyli do dobra, a nie do zła. Ludzi wewnetrznie niepoukładanych, mających tendencje do obarczania wina za WŁASNE nadmierne frustracje wszystkich naokoło trzeba po prostu unikać, jesli nie można ich zmienić.

Potęga myśli polega na tym, że człowiek własnymi myślami programuje własne działania. Jeśli ktoś widząc problem spodziewa się najgorszych konsekwencji, to taki rodzaj myślkenia powoduje podświadome wzmacnianie wszystkich okoliczności, które kierują wydarzenia w złym kierunku.
Mówiąc obrazowo: jeśli człowiek spodziewa się złego rozwiązania, to robi wszystko, żeby osiągnąc to własnie złe rozwiązanie. Nie zauwaza możliwości dobrego rozwiązania i nie podejmuje w tym kierunku działań. Działa tak, aby się "nie udało".
A jak się wreszcie nie uda, osiąga satysfakcję mówiąc: "a nie mówiłem?" I na chwilę jest zadowolony, że jego obraz świata jest prawdziwy...

oto Zbyszek S

@Mr Jan

Zgadzam się z Panem. Każdy z nas formułuje w sobie specyficzny obraz świata, pewien zestaw generalnych poglądów i opinii. Następuje identyfikacja człowieka z takim obrazem, który on pojmuje jako "rzeczywistość" i od tej pory, postrzeganie oraz działania będą w zgodzie z tym obrazem. To znaczy człowiek będzie wybierał i uwypuklał (a nawet wymyślał) te zdarzenia i fakty, które są w zgodzie z jego obrazem rzeczywistości/świata, będzie też podejmował takie działania, w wyniku których przekona się, że jego obraz rzeczywistości jest poprawny.

Co więcej, zakwestionowanie swoich poglądów odrzuci, bo odbierze to jako atak na siebie samego. Stąd gdy ktoś nabierze przekonania, ze wszystko jest "do luftu", to stopniowo rzeczywistość jego tak zacznie wyglądać. A jeśli ktoś nabierze przekonania, że inni są głupsi albo gorsi, albo nie zasługują na szacunek, to jego działania będą polegać na dążeniu do konfliktów, na obrażaniu itd.

Jednak myślę, że poprzestanie na powyższych mechanizmach może nie być bezpieczne, może prowadzić do przekonania, że nigdy nie jest "aż tak źle". Otóż Pan Jezus na krzyżu powiedział: "Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił". Można dosztukować tym słowom typowo duszpasterską ekwilibrystykę i dowodzić, że wcale nie są wyrazem doznania całkowitego opuszczenia. Że Pan Jezus był dobrej myśli, bo wiedział, że zaraz zmartwychwstanie, i umrzeć przecież wcale nie może, bo jest Synem Bożym. Więc to tylko tak mu się powiedziało i nie ma co na to zwracać uwagi.

Otóż bywają, okoliczności życiowe, które - oczywiście w ujęciu subiektywnym bo innego nie ma - przerastają ludzi. Panu się może wydawać, że nie może być takich okoliczności, które Pana by przerosły. Może i nie, ale lepiej opatrzności nie denerwować :)

Ja myślę, że takie okoliczności mogą być. I wtedy potrzebujemy. Potrzebujemy tego jednego. Tego celu, który nie jest w nas, ani nie jest dosięgalny, ani widoczny nawet, ale jest. I tylko ten cel może nas wtedy skłonić do wykonania następnego kroku naprzód, a w efekcie, do wyjścia po czasie na prostą.

Pokładanie nadziei we własnych zdolnościach, umiejętnościach radzenia sobie, we własnej mądrości i wiedzy na tematy dowolne, może się okazać zawodne i katastrofalne. Stąd Bóg. Jako jedyne wyjście.

oto Mar.Jan

To jest bardzo ciekawe:

Dochodząc do Santiago, możemy dochodzić o wiele dalej, do miejsca, którego nie ma na Ziemi, dotykać "królestwa", oddawać serce tej nadziei, która zawieść nie może.

Ja na Camino nie byłem i nie wiem czy kiedykolwiek pójdę, ale bardzo mnie interesują relacje ludzi z tej Drogi. To co jest najistotniejsze, to chyba nie ciekawe przezycia związane z nowymi krajami, widokami, piękna pogodą, wolnym czasem na rozmyślania, ale własnie spotkania z ludźmi, którzy pod wpływem informacji o celu wędrówki w prztłaczającej większości nastawiają się pozytywnie z chęcią bezinteresownej pomocy pod róznymi postaciami: gościny, nakarmienia, pomocy fizycznej lub dobrych rad iżyczeń pomyślności.
Skoro większośc pielgrzymów powtarza to samo, to znaczy, że w większości ludzie sa dobrzy i pragna dobra, a poznanie celu wedrówki wedrowca pozwala im się otworzyć z tymi zasobami dobra. Z kolei pielgrzym w ten sposób umacnia się w słuszności celu do którego dąży.
Bóg objawia sie w innych ludziach. Tych, którzy potrzebują pomocy i w tych, którzy tej pomocy udzielają.
I to jest teologia chrześcijańska w praktyce.

oto Zbyszek S

@Mr Jan

Bóg objawia sie w innych ludziach. Tych, którzy potrzebują pomocy i w tych, którzy tej pomocy udzielają.
I to jest teologia chrześcijańska w praktyce.

100% racji.

oto Mark Epigon

NJN, Krzysztof M. Kuracja magnezowa

W celu uzupełnienia magnezu proszę w listopadzie lub grudniu pod zwyczajnym dębem nazbierać ładnych żołędzi następnie wymoczyć dwukrotnie celem pozbycia się garbników, następnie obrać ze skórki, ususzyć, potłuc, zemleć i parzyć jako kawę na zmianę z naturalną lub najlepiej w zupełnym zastępstwie.

oto Krzysztof M

Kiedyś spróbowałem

Kiedyś spróbowałem ekologicznej kawy - z żołędzi. Paskudztwo. Ale partyzanci używali (zresztą ślimaki na surowo też). Nie nadaję się na partyzanta.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.