Drugi etap reformy

W latach dziewięćdziesiątych niezamierzonym skutkiem tzw. reformy Balcerowicza była degradacja części obszarów wiejskich, zwłaszcza tych, w których głównym pracodawcą były PGR-y. Ich mieszkańcy przegrali w konfrontacji z gospodarką wolnorynkową, a - inaczej niż robotnicy likwidowanych w miastach kombinatów socjalistycznych - nie mieli szans na drugie życie zawodowe.

Dziś przegrywają konfrontację z globalizacją - średnie miasta, oddalone od rozrastających się metropolii na tyle, że nie mogą stać się ich częściami. Polska Akademia Nauk opublikowała niedawno ekspertyzę, z której wynika, że degradacji ulega 122, czyli niemal połowa, z 255 polskich średnich miast (średnie to według PAN miasta mające więcej niż 20 tysięcy mieszkańców, a nie wojewódzkie). W tych 122 miastach mieszka - nadal jeszcze - 5,2 miliona osób.

Degradacja oznacza nie tylko pogorszenie sytuacji społeczno-gospodarczej, ale wręcz utratę funkcji miejskich. Obserwujemy więc spadek liczby mieszkańców, przede wszystkim w wyniku migracji osób młodych i lepiej wykształconych, zanik miejsc pracy, a właściwie większych pracodawców, narastanie patologii, rozpad więzi społecznych i, w końcu, atrofię organizmu miejskiego.

Szczególnie rozpaczliwie wyglądają w tym zestawieniu byłe miasta wojewódzkie. Państwo polskie, przeprowadzając w 1998 r. reformę administracyjną, w wyniku której przestały one być stolicami województw, zapewniało, że zadba o utrzymanie ich poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego. Nie zadbało - byłych miast wojewódzkich jest w sumie 31, spośród których aż 20 ma dziś poważne kłopoty.

Degradacja zachodzi w poprzek tradycyjnych podziałów demograficznych Polski według zaborów, Ziem Odzyskanych, ściany wschodniej itd. Najgorzej jest na południu: w pięciu południowych - nie największych przecież - województwach (dolnośląskim, opolskim, śląskim, małopolskim i podkarpackim) znajduje się aż 45 zdegradowanych miast, w których mieszka 2,3 mln osób.

Prawem felietonisty jest szukać związków tej dysproporcji z faktem, iż wśród szesnastu premierów RP tylko dwoje, Jerzy Buzek i Beata Szydło, wywodzi się z województw południowych (dla ścisłości był jeszcze trzeci, Józef Oleksy, który jednak rozpocząwszy studia w stolicy stracił związki z Małopolską). Jak widać, tzw. ekipy rządowe na ogół nie były stamtąd. Degradacja miast, o której mówimy, w niewielkim bowiem stopniu związana jest z jakością władz samorządowych. To państwo powinno bronić słabszych obywateli i słabsze wspólnoty przed skutkami groźnych dla nich procesów społeczno-ekonomicznych. Nasze państwo najwyraźniej nie spełnia takiej roli.

oto Maciej Białecki Maciej Białecki

dr inż. nauk chemicznych, działacz samorządowy i publicysta, prezes Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944
w 2014 r. pełnomocnik komitetu wyborczego Warszawska Wspólnota Samorządowa

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
4
Ogólna ocena: 4 (głosów: 4)

Tematy: 

Dyskusja

oto MSzach

Degradują wielkie korporacje

Degradują wielkie korporacje i sieci.
Państwo, które powinno optymalizować wszechobecny monopol... tego nie robi.
Każdy dotychczasowy rząd bez wyjątków jest więc odpowiedzialny za to (a nie chciwi zydzi z za granicy)
Wspomniany Balcerowicz zlikwidował (słusznie) PGRy. ale nie pozwolił jednoczesnie by kupili czy wydzierżawili ziemię po kawałku okoliczni rolnicy (a wtedy byli chetni )
Taki był pewnie plan.
Tym samym powstały 'nowe PGRy' tym razem w większości juz niemieckie które zatrudniają kilka osób na wielotysięcznych ha.

oto wzl

Globalizacja

Dziś przegrywają konfrontację z globalizacją - średnie miasta, oddalone od rozrastających się metropolii na tyle, że nie mogą stać się ich częściami.

Czy rzeczywiście wszystkiemu jest winna globalizacja i czy nie można bronić się przed nią?

NN Taleb w swojej książce Antykruchość tak opisuje Szwajcarię:

Niektóre postaci świata polityki wolą schronić się przed swoimi rodakami we Francji albo Anglii, które są bardziej ekscytujące w sobotni wieczór, ale ich konta z pewnością lepiej się czują w Szwajcarii. To najbardziej wytrzymałe ekonomicznie miejsce na Ziemi - i to od wieków.

Wielu różnych ludzi wraz ze swoimi portfelami trafia tu, do Szwajcarii, w poszukiwaniu ochrony, bezpieczeństwa i stabilizacji. Ale wszyscy ci uchodźcy nie dostrzegają pewnego oczywistego faktu: najbardziej stabilne państwo na świecie nie ma rządu. I nie jest stabilne mimo braku rządu; jest stabilne właśnie dlatego, że go nie ma. Zapytaj przypadkowego Szwajcara o nazwisko prezydenta i policz ilu potrafi je wymienić - zwykle znają prezydenta Francji czy Stanów Zjednoczonych, ale własnego już nie. Szwajcarska waluta radzi sobie najlepiej (w chwili, gdy piszę tę książkę [2012] okazała się najbezpieczniejsza), ale lokalny bank centralny jest maleńki, nawet jak na państwo tych rozmiarów.

Czy ci politycy, którzy czekają na właściwy moment, aby wrócić do władzy (albo o nim marzą), zdają sobie sprawę, że są w Szwajcarii dlatego, że ten kraj nie ma rządu, i odpowiednio modyfikują swoje poglądy na temat państw narodowych i systemów politycznych? Wcale!

To nie do końca prawda, że Szwajcarzy nie mają rządu. Nie mają dużego, scentralizowanego rządu, który w ogólnym dyskursie nazywa się rządem - krajem rządzą całkowicie oddolne, regionalne jednostki administracyjne nazywane kantonami, niemal suwerenne państewka tworzące konfederację. Występuje tam duża zmienność, a spory między mieszkańcami mają poziom kłótni o miejskie fontanny i inne nieciekawe kwestie. Nie zawsze bywa to przyjemne, ponieważ w takim systemie bliźni stają się bardzo wścibscy - to dyktatura oddolna, nie odgórna, ale wciąż dyktatura. Jednakże owa oddolna forma dyktatury chroni przed romantyzmem utopii, ponieważ w tak nieintelektualnej atmosferze nie może narodzić się żadna wielka idea - wystarczy spędzić trochę czasu w kafejkach w starej części Genewy, szczególnie w niedzielne popołudnie, żeby zrozumieć, że cały proces jest wysoce nieintelektualny, bez śladu górnolotności, a wręcz dość żałosny (jak głosi słynna anegdota, największym osiągnięciem Szwajcarów było wynalezienie zegara z kukułką, więc nie mogą się równać z innymi narodami - historyjka byłaby sympatyczna, gdyby nie fakt, że Szwajcarzy wcale nie wynaleźli zegara z kukułką). Taki właśnie system wytwarza stabilność - nużącą stabilność - na każdym możliwym poziomie.

I zauważcie, że te obrzydliwie efekciarskie scenki, na które człowiek natyka się w Szwajcarii, w Genewie, w niektórych dzielnicach Zurychu (w centrum), a zwłaszcza w kurortach narciarskich, takich jak Gstaad i St. Moritz, nie są bezpośrednim wytworem tego kraju ani częścią jego misji, tylko skutkiem jego sukcesu. Ponieważ Szwajcaria jak magnes przyciąga nieprzyzwoicie bogatych ludzi i oszustów podatkowych.

Na razie zwróćcie uwagę, że to ostatnie znaczące państwo, które nie jest państwem narodowym, tylko zbiorem niewielkich gmin, pozostawionych samym sobie.

oto wzl

Niczego nie

Niczego nie sugeruję. Pokazuję tylko, że globalizacja nie jest wszechmocna. Być może są również na nią inne sposoby. Zrobienie z państwa scentralizowanego, takiego jak Polska, państwa na wzór Szwajcarii to utopia.

Niemcy są państwem scentralizowanym, choć w znacznie mniejszym stopniu niż Polska, ale w większym niż Szwajcaria. Nie wiem jednak czy to późne zjednoczenie, bo dopiero pod koniec XIX wieku, nie było przyczyną tego, że Niemcy mają dobrze rozwiniętą prowincję. Tam w małych miasteczkach, a nawet na wsiach, zlokalizowane są średnie i małe firmy. Przy czym te średnie zatrudniają kilkaset osób, a małe - kilkadziesiąt. I to te firmy tworzą niemiecką gospodarkę, a nie te najbardziej znane typu BMW, Audi, Siemens itp. Ich produkty też charakteryzuje wysoka specjalizacja i zaawansowanie technologiczne. Tak więc niemieckiej prowincji, w odróżnieniu od polskiej, globalizacja nie szkodzi. Wprost przeciwnie - pomaga.

oto Eowina

A Szwaicarzy produkowali swoje zegarki we własnych

domkach. Dostawali części spakowane w woreczkach, a w domu składali to do kupy. A sery pleśniały w dojrzewały w piwnicach, tylko przez szpary w podłodze rozchodził ich zapach.
Teraz i Niemcy i Szwajcarzy sprzedają swoje towary na cały świat korzystając z globalizacji.

Cały "wic" polega na wypracowaniu własnego, związanego kulturowo z własną historią, systemu władzy. Tak robi Rosja, Chiny i tak robią Węgry. Nasladowanie Japonii, Irlandii, Kanady czy Szwajcarii jest naiwnym "bujaniem w obłokach".

oto Krzych Adam

Hmmm.

Cały "wic" polega na wypracowaniu własnego, związanego kulturowo z własną historią, systemu władzy.

No pewnie, bo "My Polacy, to sa wolne ptacy". Odmienny gatunek, taki "Homo Sapiens Polonensis" (na dodatek nie zawsze bardzo sapiens) to i o żadnym naśladownictwie nawet być mowy nie może. Musimy wynaleźć i opatentować swój własny, sarmacki system władzy. Oparty o historię. To chyba bez kontusza, karabeli i bigosowania się nie obejdzie.

oto wzl

Ale ja

Ale ja o globalizacji i jej wpływie na różne państwa, a nie o systemach władzy.

oto Eowina

W tym co Pan napisał, to nie ma nic o globalizacji,

jest natomiast o systemach władzy: decentralizowanym Szwajcaria, niemieckim jakimś tam itp.
Globalizacja to zupełnie co innego. Przykładem szwajcarskiej globalizacji jest szwajcarski kredyt we frankach dla Polaków.

oto Sol

no właśnie globaliści

chronią Szwajcarię, bo przecież gdzieś muszą trzymać swoje pieniądze

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.