Kwestia akceptacji

droga

Czy są takie rzeczy, których nie akceptujemy? Na których istnienie, zaistnienie, w żadnym wypadku nie możemy wyrazić zgody? Czy może akceptujemy, stan polityczny, jaki jest, ludzi, jakimi są, zdarzenia naszego życia, jakie nam się przytrafiają? Ból, jaki idzie nam nieść?

Sprzeciw wobec rzeczywistości złej, niewłaściwej jest podstawową postawą człowieka. Nie darujemy. Nie pozwolimy. Zrobimy wszystko żeby. Z tego się bierze postęp i działanie. Zmiany na lepsze, z naszego dążenia do dobrego, z naszego pragnienia usunięcia zła, z naszej niezgody na zło.

To się pewnie zaczęło od tzw. grzechu pierworodnego. Który nic wspólnego z seksem nie miał, jak to suflują nam "mądrzy nauczyciele". Zresztą to "tajemnica", więc kto by się przejmował. Poznali, że są nadzy. A tego zaakceptować nie wolno. Bo jakbyśmy tak akceptowali to co jest, to do czego by to doszło?

Pielgrzym na swoje drodze nie ma wyjścia. Musi, koniec końców, zaakceptować wszystko, co mu się przydarza. Gwałtowne zmiany pogody, tygodnie w deszczu i chłodzie, nieprzyjazne czasem zachowania ludzi. Sytuacje, które są ciężarem, niedogodnością, realnym - a nie fikcyjnym - zagrożeniem. Na początku jest bunt. Dlaczego ten kamień po raz dziesiąty wpada do buta? Czemu mi to się dzieje właśnie teraz? Dlaczego tak? Po buncie przychodzi wściekłość i gniew. Że czemu kurwa tak? Że dość. Że do licha z tym wszystkim.

Potem, po krokach zanurzonych w bólu, frustracji i gniewie, przychodzi spostrzeżenie - że to niczego nie zmienia. Ten psychiczny sprzeciw, to wkurwienie, gniew, niezgoda. Że po prostu tak jest i pewnie będzie. Że po prostu trzeba się zatrzymać, stracić czas i siły, że trzeba odczuwać ból, bo w danej chwili nie ma innego wyjścia. Że trzeba się pozbierać, poprawić co możliwe, przestać się czepiać tego, co dokucza i trzeba iść. Przychodzi zrozumienie, że szarpanie się nic nie da, że rzeczywistość "po prostu jest", i jeśli tylko to jedno nam zostało - iść naprzód, to musimy się skupić na tym, jak zrobić najskuteczniej następny krok.

Ten następny krok, niekoniecznie będzie dobry, najlepszy, bezbolesny, wspaniały czy dostojny. Nie musi taki być. Rzeczywistość też nie musi taka być, sprawiedliwa, słuszna, właściwa, dobra. Więc w tej bolesnej, czasem, rzeczywistości robimy, bywa że niezdarny, krok. Nie mamy pretensji do świata czy ludzi, że są, jacy są. Nie mamy już pretensji do siebie, żeśmy krzywo stanęli, albo nie tak, jak powinniśmy. Akceptujemy wszystko. Całe dane nam doświadczenie. I robimy krok. Bo jedyne, czego nie zaakceptować nie możemy, to stagnacja, rezygnacja z celu. Bo po to przyszliśmy na świat, po to jesteśmy, żeby zdążać, przekraczać, iść. Do Sensu, do Prawdy, do Życia.

Sytuacja braku zgody, tej emocjonalnej, sytuacja bólu wywołanego brakiem tej zgody - z drugiej strony czerpanie satysfakcji, ze ziszczenia się naszych oczekiwań odnośnie rzeczywistości; nasza niedoskonałość; nasze błędy; nasz "krzyż". - też mogą być przedmiotem naszej akceptacji, zgody. Bo przecież, "Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest mnie godzien."

Poznanie dobrego i złego, będące pierwszym grzechem, polegało na zmianie postrzegania rzeczywistości. Nagle ludzie zaczęli widzieć rzeczy jako takie, które powinny być i takie, które nie powinny być. Te pierwsze opatrujemy słowem "dobre", te drugie słowem "złe". I obie od zawsze istnieją. Bo nawet w raju Adamowi i Ewie "oczy się otworzyły". Musieli "dostrzec" rzeczy, których być nie powinno, choćby to, że "byli nadzy".

Pozostaje pewna sugestia, szantaż, pytanie: Jeśli zaakceptujesz naprawdę wszystko, co jest, jak jest, to czy będziesz cokolwiek robił ku dobremu? Czy też sprawy, zaczną się osuwać w zło i rozpad, i jedynym, co może powstrzymać ten proces jest intensyfikacja twojej niezgody na "zło"? Tak to odczuwamy, tak to rozumiemy, tak "wiemy". Więc aby było dobrze, mocniej musimy zło dostrzegać, nie akceptować nieprawidłowości i niewłaściwości tego, że "jesteśmy nadzy". Więc znów widzimy, dobro i zło, i zero akceptacji staje się mottem naszego życia, treścią naszych emocji.

Pielgrzym idzie po kamieniach i w deszczu, czasem w słońcu, co rozpala, czasem po własnych pęcherzach, ale "widzi" cel, do którego zmierza. Te wszystkie zaś "niechciane" i sprawiające kłopoty rzeczy, to nie jest dobre ani złe, tylko to coś, czym trzeba się zająć, lepiej albo gorzej, w drodze do celu i ze względu na ów cel.

Wędrowiec, w odróżnieniu od pielgrzyma, swój wzrok układa na otoczeniu. Jego pięknie, barwie. Wkurzają go burze i zamiecie, krzywdy, jakich doznaje albo "zrządzenia losu", jakie go spotykają, albo ludzie, jeśli odsuną krzesło... czy inne takie... Wędrowiec cały zależny jest od tego, co go spotyka. Rozjaśnia się ze słońcem, przestrzennieje z pięknymi widokami, gaśnie w niesprawiedliwości, ciemnieje nocą. Z tej zależności nie ma wyjścia, bo tę zależność sam wytwarza. I jeśli zdarzy się, że jego szlak będzie w okolicach znośnych lub wygodnych, to przewędruje swoje życie. Jeśli trafi na okolice wrogie i nieprzychylne, to może dojść do tragedii.

Pielgrzym akceptuje wszystko, co jest, wszystko, co mu się przydarza, wszystko, co jest jego doświadczeniem. Akceptuje to, ze względu na to, że jest pielgrzymem, to jest człowiekiem zmierzającym do celu. To umieszczenie celu w samym centrum swojego postrzegania, to wyruszenie w drogę ku niemu, pozwala przekroczyć właściwy nam stosunek do świata i do siebie samych. Być może przekroczyć skutki tej percepcyjnej zmiany, określanej jako grzech pierworodny.

Powstaje inna motywacja do działania. Mniej jaskrawa, przynajmniej na powierzchni. Mniej bezpośrednio dotykająca naszych emocji, bo przecież Ewa spróbowała i poznała, że ten nowy owoc "dobry" i "nadaje się" do spożycia. Ale może efektywniejsza. W sumie wydajniejsza. I w rezultacie, wyprowadzająca człowieka z zależności od świata, na wolność, na pokój, ku szczęściu.

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
2.333335
Ogólna ocena: 2.3 (głosów: 3)

Tematy: 

Dyskusja

oto Kmieć

Szanowmy Panie Zbyszku S.

Od dawna nie używam żadnych środków psychoaktywnych poza niewielkimi dawkami alkoholu.
Wobec powyższego w ogóle nie wiem o czym jest Pański tekst ;)

Pozdrawiam.

oto Natalia Julia Nowak

Kmieć

To kazanie religijne wyznania rzymskokatolickiego.

PS.
Przepraszam, że się do Pana odzywam. :-(

oto Zbyszek S

Dziękuję za komentarz. Wydaje

Dziękuję za komentarz. Wydaje mi się, że od "kazań" ten tekst odbiega dość daleko, ale nie mam pretensji o to określenie. Może ma Pani rację, nie potrafię tego ocenić.

To jest tekst "zakręcony" i być może nie powinien być upubliczniany. Najlepiej brać go na lekko, jak przedmówca :)

oto Mar.Jan

ładnie napisane, chociaż nie do końca rozumiem, albo

nie do końca się zgadzam:

Pielgrzym akceptuje wszystko, co jest, wszystko, co mu się przydarza, wszystko, co jest jego doświadczeniem. Akceptuje to, ze względu na to, że jest pielgrzymem, to jest człowiekiem zmierzającym do celu.

Wczesniej było o kamieniu w bucie...Wynika z tego, że jednak nie do końca pielgrzym wsyzstko akceptuje. Gdyby "akceptował" kamień w bucie to donikąd by nie doszedł z poranionymi nogami...
Zatem: rozumiem to tak, że nie chodzi o akceptacje wszystkiego, tylko o zdobycie umiejętności nie wpadania we frustracje z powodu przeszkód, jakie nieuchronnie podczas pielgrzymowania czy wedrówki sie muszą zdarzyć. Nie ma sensu wściekac sie, że kamienie wpadaja do buta. Trzeba kamieć usunąc i po sprawie. A może trzeba zmienic buty na takie, do których kamienie nie beda wpadać. Harcerze znają nawet doskonałe rozwiązanie, które nie wymaga zmiany obuwia: nazywa sie to w zargonie harcerskim "toptuty", czyli cos w rodzaju skarpet bez stóp, albo opasek z materiału nieprzemakalnego, który ma gumki na dole i na górze i zakłada się to na zewnątrz nóg tak, że zakrywa wierzch butów o osłania nogawki spodni przed zabloceniem.
Zatem: po pierwsze właściwe planowanie i przygotowanie, nabranie doświadczenia, a potem spokojne maszerowanie czy pielgrzymowanie bez nerwów, bez pośpiechu, z celem przed oczami i właściwymi reakcjami na zdarzenia w drodze. Przygotowanie na trudności pomaga w akceptacji tych trudności, jeśli się pojawią.
Tylko człowiek nieprzygotowany i oczekujący rzeczy niemożliwych do spełnienia musi się wściekac, kiedy spotyka go to, czego się nie spodziewał.

A zdrugiej strony: człowiek nie może akceptować wszystkiego, co go spotyka. Akceptacja zdarzeń przyrodniczych to norma. Ale akceptacja niewłasciwych zachowan i działań innych ludzi, to porażka. Nie moge akceptowac zła. Powinieniem mu się jakoś przeciwqstawiać. Jak? Oto jest pytanie. Niekoniecznie trzeba wygrażąc pięsciami czy uganiac się za kazdym kto źle czyni. Trzeba samemu czynić dobrze i dawać przykład innym. I to tez jest bardzo trudne. Na tyle trudne, że wystarczy zamiast nieustannej walki i sprzeciwu wobec działan innych ludzi.

oto Equatore

Jest to wielkie kulturowe pytanie

Czy człowiek powinien akceptować rzeczywistość, czy powinien ją zmieniać.
Jest wiele różnych, bardziej lub mniej szczegółowych odpowiedzi na ten temat.
Moim zdaniem, wszystkie te, które - w skrócie - brzmią "akceptować", czy "nie akceptować", należy wyrzucić do śmietnika.
Bo na to pytanie nie można odpowiedzieć w ten sposób.
Od tego, żeby podjąć decyzję, czy daną - konkretną - sytuację zaakceptować, czy nie, jest ROZUM. I to jest jedna z jego najważniejszych funkcji.
Różne kultury, ideologie, filozofie życia mogą co najwyżej podpowiadać pewne rzeczy związane z tym pytaniem, ale nie powinny odpowiadać na samo pytanie. Nie można wypierać rozumu z jego należnego miejsca.
Np. jakie kryteria warto stosować przy decydowaniu, czy sytuację można zaakceptować, czy nie. Całkowicie, czy częściowo.
Jak wyrażać akceptację czy jej brak. Jak dzielić się nią z innymi i jak dostosowywać się (lub nie dostosowywać) do zdania innych na ten sam temat.
Jak poznawać sytuację. Jak poznawać samego siebie. Jak formułować cele, zmieniać cele i rezygnować z celów. Jak planować. Jak działać.

oto Zbyszek S

@Mr Jan

Dobry komentarz. Dziękuję. Tekst jest trochę eksperymentalny. Więc trudny i niekoniecznie słuszny.

Może chodzi o to, co to znaczy "akceptować". Czy można "akceptować" i jednocześnie przeciwdziałać czemuś?

Z jednej strony "akceptacja" wydaje się zgodą na to, żeby coś istniało nadal w postaci w jakiej jest nam dane w doświadczeniu. Wtedy nie działamy.

Z drugiej strony "akceptacja" możne oznaczać brak emocjonalnej niezgody na stan rzeczy taki, jaki w danej konkretnej chwili jest naszym doświadczeniem.

Więc Ok. Jest jak jest. Widocznie tak musi być. "Bóg tak chciał". Taka jest rzeczywistość po prostu. Nie mam pretensji wówczas do tego "jak jest". Czy mogę wówczas zachować jednak intencje i motywacje do działania "ku lepszemu"? Czy mogę zdążać do celu, do miejsca, gdzie nie jestem, do sytuacji, której teraz nie ma, akceptując aktualnie to co jest?

Oto jest pytanie. Chyba całkiem duże :)

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.