Góra lodowa kimchi

Wydawałoby się, że alternatywa "zrobić kimchi czy kupić kimchi" jest mało ważna. Tymczasem wybór może wiązać się nawet z fundamentami ustroju. Uświadomił mi to, a raczej przypomniał, pan Krzych Adam.

W jednym z moich artykułów wspomniałem o bardzo nowoczesnej fabryce kimchi w KRLD. Poniżej fragment artykułu, odnoszący się do kimchi:

Kimchi to tradycyjna koreańska potrawa, kiedyś robiona osobiście przez każdą gospodynię. Świat zmienia się jednak i dziś wiele rodzin woli kupić tę potrawę w sklepie. Trzeba więc było wybudować fabrykę kimchi. Działa ona już od dość dawna, ale 19 marca opublikowano krótki filmik o niej (3:27). Warto go obejrzeć, by zobaczyć, jak pięknie może wyglądać fabryka.
O nowoczesnej fabryce kimchi napiszę oddzielnie, bo ona na to zasługuje. To jest nie tylko fabryka. Obok fabryki utworzono ogromne gospodarstwo warzywnicze, by był surowiec dla fabryki. To gospodarstwo też jest bardzo nowoczesne.

Do tego fragmentu artykułu odniósł się w obszernym komentarzu pan Krzych Adam. Pani Paulina Kaufmann dołączyła swój komentarz, na który znów obszernie odpowiedział pan Krzych Adam.

Obszerna dyskusja wokół wzmianki o kimchi może być tylko wystającym z wody małym wierzchołkiem wielkiej góry lodowej, zbudowanej z fałszywych entymematycznych przesłanek. Na niebezpieczeństwo entymematycznych przesłanek zwracałem już nieraz uwagę na Prawicy.net. Entymematyczne przesłanki tkwią gdzieś w naszym umyśle, jako prawdy oczywiste. Korzystamy więc z nich automatycznie, bywa że nawet nieświadomie. A one bywają fałszywe.

Z komentarzy pana Krzycha Adama i pani Pauliny Kaufmann wybrałem trzy entymematyczne przesłanki, które wydają mi się fałszywe. Oto one:

1) Robiąc kimchi samodzielnie, z niezliczonej liczby odmian wybieramy tę, która nam najbardziej smakuje. Kupującemu kimchi w sklepie, smak potrawy narzuca fabryka.

2) Rzadkością jest, by Koreańczyk, mogąc samodzielnie zrobić kimchi w domu, kupił gotowe fabryczne kimchi w sklepie. W wersji uogólnionej: Ktokolwiek, mając możliwość robienia jakichkolwiek przetworów w domu, rzadko decyduje się na kupowanie ich w sklepie.

3) Kupując w sklepie gotowe gołąbki czy bigos w słoikach, nie wiemy, co naprawdę jemy. Gdy robimy je w domu, wiemy co jemy. Gołąbki czy bigos ze sklepu, to wyroby gołąbkopodobne i bigosopodobne. Prawdziwe gołąbki i bigos robione są w domu.

Pierwsza przesłanka

Nie jest prawdą, że robiąc kimchi w domu, wybieramy z niezliczonej liczby odmian tę, która nam najbardziej odpowiada. Załóżmy, że niezliczona liczba to 100. Żeby ze stu odmian wybrać tę, która nam najbardziej odpowiada, musielibyśmy najpierw zrobić te sto odmian, by poznać ich smak. Taki eksperyment jest nieprawdopodobny.

Robiąc kimchi "raz na parę tygodni" (zakładam, że "parę" oznacza dwa), sto odmian wypróbowywalibyśmy przez cztery lata. Czy jedząc którąś z odmian kimchi w czwartym roku eksperymentu, pamiętalibyśmy jeszcze smaki wszystkich odmian z pierwszego roku? A przecież ta pamięć jest warunkiem poprawnego wyboru najbardziej odpowiadającej nam odmiany. A trzeba też pamiętać, że gust zmienia się z czasem i trudno polegać na tym, że cztery lata temu coś nam smakowało.

Praktyka jest taka, że eksperymentowanie kończymy na kilku odmianach. Nie wybieramy więc z niezliczonej liczby odmian. Wybieramy z kilku, z wątłą nadzieją, że akurat wśród tych kilku odmian była nasza ulubiona. Chyba jednak lepiej zdać się na specjalistów z fabryki kimchi, którzy, z racji zawodu, nieustannie eksperymentują ze smakami, znają też preferencje klientów i proponują nam do wyboru więcej odmian niż nasze kilka, w dodatku proponują szczególnie preferowane przez konsumentów odmiany.

Druga przesłanka

Nie wiemy, co wybrałby Koreańczyk, mając do wyboru zrobienie kimchi w domu, bądź kupienie go w sklepie. Prawdopodobnie większość Koreańczyków wybiera kimchi sklepowe, bo inaczej nie miałoby sensu budowanie fabryk kimchi.

Z mojego osobistego, więc liczbowo ograniczonego doświadczenia wynika jednak, że większość Polaków, mając możliwość zakiszenia kapusty czy ogórków w domu, wybiera jednak kupienie ich w sklepie. To samo dotyczy np. dżemów. Sklepowe dżemy wygrały już chyba z domowymi. Tak przynajmniej jest w moim kręgu.

Trzecia przesłanka

Gdy kupuję gołąbki czy bigos w sklepie, to może i nie wiem na sto procent, co jem, ale gdy sam zrobię gołąbki czy bigos, to przecież też nie wiem, jaka była jakość użytych surowców. W odróżnieniu od fabryki, nie mam przecież w domu laboratorium kontrolującego jakość surowca. Ufam, że kapusta, jeśli nawet była pryskana, to minęła karencja, że nie ma w niej nadmiaru azotanów etc. Ufam, że mięso czy kiełbasa są bez antybiotyków i z prawidłowo chowanych zwierząt, że przyprawy nie były jakoś chemicznie podrasowane. Żadnej z tych rzeczy sam jednak nie sprawdzę. Nie wydaje się więc prawdą, że gdy robię sam, to wiem, co jem.

Podsumowanie

W prawidłowo funkcjonującym państwie do szkół gastronomicznych idą zdecydowanie częściej ci, którzy mają predyspozycje, niż ci, którzy ich nie mają. Szkoła gastronomiczna z reguły podnosi kompetencje uczniów, a nie obniża je. Dlaczego ludzie, którzy mieli większe od innych predyspozycje do robienia gołąbków czy bigosu, i jeszcze podnieśli swe kwalifikacje przez lata szkoły a potem zawodowego doświadczenia, mieliby na koniec robić gorszy bigos i gorsze gołąbki, niż osoba z mniejszymi predyspozycjami, bez wykształcenia i z dużo mniejszym doświadczeniem?

Fabryczne gołąbki czy bigos mogą jednak być gorsze od domowych. Jeśli jako konsumenci wymusimy na fabryce absurdalnie niską cenę produktu, a większość naszego społeczeństwa oczekuje jak najniższej ceny, to fabryka nastawi się na produkty z najtańszych surowców. Gdy teraz w domu zrobimy sobie gołąbki czy bigos z porządnych surowców, to porównanie domowych i fabrycznych może wykazać wyższość domowych. Takie porównanie nie ma jednak sensu. Porównywać można bigos robiony w domu i robiony w fabryce, ale z tych samych surowców.

Na początku napisałem, że pan Krzych Adam nie tyle uświadomił mi, ile przypomniał ten problem. Lata temu, jeszcze jako nauczyciel, podczas godzin wychowawczych tłumaczyłem swym uczniom na przykładzie dżemu, że błędny jest pogląd, iż dżem robiony w domu jest tańszy i lepszy niż robiony w fabryce. Lepszość domowego wynika z faktu, że bierzemy lepsze surowce, a to, że jest on też tańszy, zawdzięczamy pominięciu wszystkich, poza surowcem, kosztów. Największe znaczenie ma oczywiście pominięcie kosztów pracy.

Podawałem też przykład z Melą i Helą. Mela jest wyśmienitą krawcową a Hela jest świetnym cukiernikiem. Mela potrzebuje ciasto na domową uroczystość. Hela upiekła by to ciasto za godzinę, ale policzyłaby sobie 30 zł za robociznę. Mela ma mało zleceń na szycie. Postanowiła więc, że zaoszczędzi przynajmniej na cieście, bo zrobi je sama. Zużyła dwie godziny, a i tak ciasto było wyraźnie gorsze.

Hela miała do poprawienia sukienkę. Z niedostatku zleceń na pieczenie ciast, była jednak krucho z pieniędzmi. Postanowiła, że zaoszczędzi na krawcowej i przeszyje sukienkę sama. Mela zrobiłaby to w godzinę za 30 zł. Heli praca zajęła dwie godziny, a efekt i tak był wyraźnie gorszy. Tak o to kwalifikowana krawcowa z mozołem piekła ciasto, a kwalifikowana cukiernik z mozołem przeszywała sukienkę. Obie napracowały się więcej i osiągnęły gorszy efekt, niż gdyby każda robiła to, do czego ma kwalifikacje.

W prawidłowo funkcjonującym państwie każdy ma pod dostatkiem pracy zgodnej ze swoimi kwalifikacjami, więc nie ma powodu, by odbierać pracę ludziom o innych kwalifikacjach. Nie zrezygnuję przecież z pracy w swym zawodzie za 30 zł na godzinę, by wykonywać pracę, do której nie mam kwalifikacji, po 15 zł za godzinę. Kto dobrze zarabia w swoim fachu daje też dobrze zarobić innym w ich fachu. Sam pracuje dobrze, a inni dla niego też pracują dobrze.

W źle funkcjonującym państwie jest wysokie bezrobocie, a ci, którzy nawet pracę mają, często są źle opłaceni i jeszcze niedociążeni. Wzięliby np. trochę nadgodzin, ale nie ma takiej możliwości. Wtedy swój czas wolny kierują na odbieranie pracy innym, jak "chytre" Mela i Hela. Przekonanie, że w KRLD ludzie powszechnie wolą robić kimchi, niż kupić kimchi, jest w istocie przekonaniem, że KRLD funkcjonuje tak samo źle jak Polska. Czy na pewno tak jest?

oto Piotr Badura Piotr Badura

(1953) Ślązak z dziada pradziada, ducha polskiego, z wielką sympatią do Niemiec. W latach 1989-2014 wydawał i redagował lokalne czasopismo "Beczka" (działalność non-profit) we wsi Brynica w gminie Łubniany
Autor miesiąca Prawicy.net w marcu 2012.

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
4.2
Ogólna ocena: 4.2 (głosów: 5)

Dyskusja

oto adam_54

Znaczy się...

Tak o to kwalifikowana krawcowa z mozołem piekła ciasto, a kwalifikowana cukiernik z mozołem przeszywała sukienkę. Obie napracowały się więcej i osiągnęły gorszy efekt, niż gdyby każda robiła to, do czego ma kwalifikacje.

.. że po takiej deklaracji p.Badura zaprzestanie ludzi męczyć opisami tego na czym się nie zna i czego na oczy nie widział a zamiennie zacznie pisać w tematach na których się zna , czyli "oświacie" ?

oto Krzysztof M

że po takiej deklaracji p

że po takiej deklaracji p.Badura zaprzestanie ludzi męczyć opisami tego na czym się nie zna i czego na oczy nie widział

Bardziej jest pan skłonny uwierzyć kłamcom, którzy "uciekali" z KRLD i zdawali "relacje" zgodnie z zapotrzebowaniem CNN? :-)

Na gruncie logiki teksty p. Badury bronią się znakomicie. :-) A na gruncie faktów? ... Zna pan kogoś wiarygodnego, który w KRLD był?

oto gosc

Pytanie z teza

Wiadomo ze dla pana kazdy kto tam byl o powie cos zlego o KRLD bedzie "niewiarygodny"a kazdy kto wyleje wiadro wazeliny na "ukochanego spaslaka" bedzie "wiarygodny". Nie oszukujmy sie ze tu chodzi o prawde.Tu chodzi o ideologie. Ideologicznie KRLD jest panu Badurze i Panu bliskie wiec bedziecie bronili kazdej nawet najbardziej absurdalnej narracji o tym kraju.

oto Krzysztof M

Wiadomo ze dla pana kazdy kto

Wiadomo ze dla pana kazdy kto tam byl o powie cos zlego o KRLD bedzie "niewiarygodny"

A był pan tam? Zna pan kogoś, kto tam był? Czy może raczej polega pan na doniesieniach CNN w sprawie KRLD?

oto gosc

Aaàaa byl.pan tam?

No nie byl.pan.
Czyli chodzi o.rozgrywke ideolo. Co z tegp ze ktos byl.jak mial 2 przewodnikow przydzielonych
W sumie to pan nawet nie zaprzecza ze tu chodzi o ideologie.

oto Krzysztof M

zaprzestanie ludzi męczyć

zaprzestanie ludzi męczyć opisami tego na czym się nie zna i czego na oczy nie widział

A to kto napisał? Bo nie ja. :-)

oto adam_54

Panie Krzysiek.....

Zna pan kogoś wiarygodnego, który w KRLD był?

... rzecz w tym, że moje pytanie żadnego związku z KRLD nie miało - nie zauważył pan tego ? -P

oto Krzysztof M

moje pytanie żadnego związku

moje pytanie żadnego związku z KRLD nie miało

Pisał pan o panu Badurze? A pan Badura pisał o KRLD? :-)

oto Krzych Adam

Wielce Szanowny Pan Badura znów wyprodukował cegłę.

W oparciu o dość luźne i mało precyzyjne uwagi i spostrzeżenia wyprodukował samodzielnie, a potem przypisał mi (i p. Paulinie) tezy, które nazwał entymematycznymi przesłankami.
Nie będąc autorem tych tez uchylam się od ich dyskutowania. Jednakże mało sensowne wydaje mi się nazywanie ich entymematycznymi przesłankami, gdyż ten termin odnosi się do przesłanek pominiętych w toku wnioskowania dedukcyjnego. Mogą one być celowo przemilczane jako oczywistości, czy też pominięte niechcący przy takim wnioskowaniu. W rzeczywistości tezy te zostały w całości wymyślone sobie przez p. Badurę, a dla mnie wcale nie były pominiętą częścią jakiegoś wnioskowania dedukcyjnego.

To kolejny przykład niewłaściwego używania słów po "rzekomych wioskach potiomkinowskich", pleonazmie użytym przez p. Badurę. A potem bronionym tak zażarcie jak Jaruzelski obiecywał bronić "socjalizmu".

Przy okazji poprzedniego artykułu wyraziłem jedynie zaskoczenie:

Jest dla mnie niezrozumiała potrzeba budowania fabryki kimchi.

A potem wyjaśniłem przyczynę zaskoczenia. BTW, obecnie jak mi się wydaje rozumiem tę potrzebę. Jak sądzę ludność wiejska Korei Północnej w dalszym ciągu sama sobie produkuje kimchi, tak jak zawsze to robiła. Inaczej jednak na pewno to wygląda dla mieszkańców owych szarych blokowisk z mieszkaniami bez firanek w oknach, nowszych i bardziej kolorowych blokowisk w dalszym ciągu z mieszkaniami bez firanek w oknach, a także takich bloków, w których niektóre mieszkania firanki w oknach czasami mają.

Nie mogę porównywać mojej sytuacji z sytuacją tych ludzi. Kapusta pekińska i biała rzodkiew japońska, czyli daikon są z natury w KRLD (szczególnie w warunkach gospodarczych sankcji amerykańskich) produktem sezonowym. Ja o dowolnej porze roku mogę je kupić w mym sklepie sprowadzone jak nie z Azji to z Argentyny, Chile, czy Meksyku lub Kalifornii. Dlatego dla mnie nie ma sensu kupowanie gotowego kimchi. Ta przystawka jest łatwiejsza do zrobienia niż sałatka warzywna z majonezem, po którą też nie chodzę do sklepu, choć mógłbym, szczególnie, że mogę moje kimchi przyrządzić tak jak lubię, używając mniej gochugaru niż typowy Koreańczyk, ale za to więcej dymki, imbiru i czosnku. A także użyć takiego sosu z owoców morza by mieć "umami" smak taki jaki lubię.

Mieszkający w bloku w jednym z miast KRLD Koreańczyk nie jest w stanie ani wyprodukować w sezonie dojrzewania kapusty, ani przechować w swym mieszkaniu przez cały rok kimchi dla swej rodziny. Dla niego konieczna jest dostawa tego gotowego produktu z zewnątrz. W warunkach scentralizowanej gospodarki oczywiście z państwowej fabryki.

oto Krzych Adam

Kimchi dla Koreańczyków jest przyrządzane bardzo ostre.

Dwa dni temu byłem w restauracji koreańskiej. Zapomnieliśmy powiedzieć, że kimchi na przystawkę ma być normalne. Dostaliśmy kimchi "dla białych ludzi", przyrządzone nie z ostrą papryką, a słodką. Nie było to dobre.

oto Piotr Badura

Nasza polska przywara

Obiecałem panu Mar.Janowi, że przy okazji artykułu o górze lodowej kimchi, odniosę się do jego przywary, tak częstej wśród naszych rodaków. Tą przywarą jest niedocenianie kwalifikacji.

Pod moim artykułem o zainteresowaniu Egipcjan rozpoczęciem produkcji mleka skondensowanego we współpracy z Białorusinami, którzy są w tej produkcji mistrzami, pan Mar.Jan niemądrze kpił. Przytaczam jego komentarz w całości, by nie trzeba było korzystać z linku:

Czyżby produkcja mleka skondensowanego zawierała jakieś tajemnice nieznane bez wykupienia licencji czy patentów? W takim razie informuję, że moja żona też umie robić mleko skondensowane: zarówno słodzone jak niesłodzone. Zdradzę tajemnice technologii: stawia się garnek mleka na gazie i podgrzewa na wolnym ogniu tak długo, aż zgęstnieje. Sama to wymyśliła. Chyba w takim razie zgłoszę wniosek do Urzędu Patentowego. Może Egipcjanie kupią tę technologię?

Nie wiem, kim jest pan Mar.Jan, ale jeden z użytkowników Prawicy.net zwracał się często do niego: "Inżynierze święty Maryjanie". Zakładam więc, że jest, o zgrozo, inżynierem.

Małżonka pana Mar.Jana wytwarza mleko skondensowane takim sposobem, jakim da się to zrobić w domu. Nie można więc nic zarzucić jej metodzie. Przeniesienie jednak tej metody do przemysłu, a to jeszcze przez inżyniera, woła o pomstę do nieba.

W przemyśle mleczarskim (i każdym innym), chodzi o to, by otrzymać produkt jak najwyższej jakości, jak najniższym kosztem. Tymczasem domowa metoda, którą chciałby wykorzystać w przemyśle pan Mar.Jan, jest bardzo kosztowna, a daje produkt niskiej jakości.

Długotrwałe gotowanie mleka dla odparowania wody, to ogromny koszt energii. W domu nikt tego kosztu nie liczy, bo on jest utopiony w miesięcznym rachunku, ale w przemyśle koszt zużytej energii trzeba wliczyć w cenę produktu.

Podczas długotrwałego gotowania mleka w poważnym stopniu niszczymy wiele jego cennych składników, poczynając od witamin, poprzez część białek, do lotnych składników dających aromat, które wraz z parą ulatują do atmosfery.

Nie jestem specjalistą od przemysłu mleczarskiego, ale jest dla mnie oczywiste, że odparowanie wody podczas kondensowania mleka musi się odbywać przy znacznie obniżonym ciśnieniu, bo wtedy mleko wrze w dużo niższej temperaturze. Gdyby obniżyć ciśnienie tak, by wrzenie mleka następowało w temperaturze pokojowej, to do grzania wystarczyłby nawiew powietrza z otoczenia.

Nie wykluczam, że w przemyśle mleczarskim stosuje się odzysk lotnych aromatów z pary i zawrócenie ich do produktu, że parę skrapla się, bo to jest przecież wstępnie przedestylowana woda, więc szkoda puszczać ją w atmosferę, a przy tym zyskuje się ciepło ze skraplania pary.

Nie wiem czy w przemyśle mleko skondensowane wytwarza się tak, jak napisałem, ale wiem na pewno, że stwierdzenie, iż wystarczy domowy sposób realizować w większej skali, jest głupie wprost niemiłosiernie. Tymczasem ta, z punktu widzenia przemysłu, opłakana technologia, doczekała się wyrazów uznania innego "inżyniera". Pan Krzych Adam napisał do pana Mar.Jana:

Zalecałbym zatem by zbajpasować Białorusinów stworzyć konsorcjum z Amerykanami, Szwedami i Włochami. Pan ma technologię, oni maszyny.

No oczywiście wiem, że to było "pisane z polotem" i w ogóle to "przenośnia", ale głupota pozostaje głupotą, nawet gdy nazwie się ją przenośnią z polotem.

Jest naszą, Polaków, straszną przywarą, lekceważenie kwalifikacji. W PRL o obsadzie wymagających kwalifikacji stanowisk decydowała często legitymacja PZPR. To się nie skończyło po 1989. Zmieniły się tylko legitymacje. W państwie, w którym ceni się kwalifikacje, takiego systemu nie dałoby się tak łatwo wdrożyć. U nas się da, bo u nas nie ceni się kwalifikacji. Trochę to smutne.

oto Krzych Adam

Nie było żadnych przenośni. A jak z polotem? No cóż, sprawdźmy.

Zauważył Pan, że to była kpina u p. Mar.Jana. Nazwał pan ją niemądrą. No cóż kwestia gustu. Jednakże rozumienie tej kpiny w ten sposób, że p. Mar.Jan postulował wybudowanie kuchenki dla swej małżonki ze znacznie większą grzałką i dałby jej znacznie większy garnek do podgrzewania mleka dla Egiptu jest pomysłem bardzo zabawnym. Pogratulowałbym Panu, gdybym sądził, że to Pańskie poczucie humoru dało Panu taki pomysł. Jednakże tak nie sądzę, to i powodów do gratulacji nie widzę.

Co do mojej kpiny, bo ja też nie stosowałem przenośni tylko wykładałem kawę na ławę, to jest ona dla każdego inżyniera, a nawet pewnie "inżyniera", który miał do czynienia z wdrażaniem jakiejkolwiek produkcji, zupełnie czytelna. Żartowałem sobie z technologii posiadanej przez małżonkę p. Mar.Jana jako czegoś co dałoby się pożenić z wyposażeniem importowanych z Zachodu linii produkcyjnych. W życiu zawsze jest tak, że najpierw jest technologia i do niej projektuje się urządzenia tak by spełniały wymogi tej technologii, nigdy nie jest odwrotnie. Zatem bezpiecznie jest założyć, że zachodni producenci tych linii produkcyjnych sprzedali Białorusinom nie tylko maszyny, ale i technologię. Sądzę, że nieco odmienną (przynajmniej w szczegółach) od technologii p. Mar.Janowej.

Chodziło mi o zwrócenie uwagi na coś innego. Że oto kraj, uważany przez wielu w Polsce za zacofany w stosunku do niej, rządzony przez byłego dyrektora sowchozu, byłego sowieckiego czynownika potrafi używając jedynie importowanych linii produkcyjnych i w związku z tym importowanej technologii osiągnąć eksportowy sukces gdzie Polska sukcesu osiągnąć nie potrafi.

Nie znam się na mleczarstwie więc zaskoczyły mnie następne Pańskie pomysły. Zatem na bazie posiadanej wiedzy technicznej przejrzałem na chybcika pański pomysł obniżania ciśnienia w urządzeniu do odparowania wody z mleka by obniżyć wydatki na energię. To jest wykres fazowy wody:woda
Już z tego wykresu dałoby się z grubsza określić niezbędne parametry do zrealizowania Pana pomysłu, jednakże sięgnijmy do bardziej profesjonalnego wykresu:
log
Wgląda on sporo inaczej ale to dlatego, że na pionowej osi mamy skalę logarytmiczną. Jednakże jest to ten sam wykres tylko dokładniej ukazujący zależności między ciśnieniem i temperaturą. Wynika z niego, że by obniżyć temperaturę wrzenia wody do 50 stopni Celsiusza trzeba obniżyć ciśnienie do około jednej dziesiątej ciśnienia atmosferycznego, a by dojść do temperatury tzw pokojowej to tak jakoś między jedną trzydziestą a jedną pięćdziesiątą ciśnienia atmosferycznego. Nie wydaje mi się by to był najlepszy pomysł. Nie przesądzam sprawy jako nie znający przemysłu mleczarskiego laik, ale koszty budowy urządzeń pracujących w podciśnieniu i koszty utrzymywania podciśnienia w systemie mogą być za wysokie.

I już ostatnie spostrzeżenie. Nie mam powodu by powątpiewać w poziom wiedzy technicznej p. Mar.Jana jako inżyniera. Z mym własnym profesjonalnym dorobkiem życiowym czuję się również bardzo komfortowo z tym tytułem. Nie będę się nawet zastanawiał, czy p. Badura jest emerytowanym nauczycielem, czy jedynie "nauczycielem". Zauważę jedynie że z braniem w cudzysłów mego zawodowego tytułu wzniósł się na nowy poziom braku kultury. No cóż, całe życie się uczymy i całe życie się rozwijamy. Rozwój p. Badury w tym kierunku jest następną rzeczą, której gratulować mu nie będę.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.