Białorutenizacja totalna

17 sierpnia w głównym programie białoruskiej telewizji wyemitowano trwającą ponad kwadrans rozmowę z Glenem Howardem, szefem Jamestown Foundation.

James Howard komplementował Białoruś wprost niemożebnie. Podkreślał m.in. nowoczesność białoruskiej gospodarki i wysokie kwalifikacje Białorusinów (zwłaszcza informatyków). Zwracał też uwagę, że Białoruś podarowała światu wielu wybitnych ludzi (wymienił m.in. Adama Mickiewicza i Tadeusza Kościuszkę) i może być z nich dumna.

hojny-howard.jpg

James Howard zwrócił też uwagę, że zięć Donalda Trumpa ma białoruskie korzenie, więc gdyby tak Donald Trump zwyciężył w wyborach, to Prezydent USA będzie miał rodzinne powiązania z Białorusią.

Dziś agencja BiełTA poinformowała, że w Mińsku gościł znany amerykański aktor Steven Seagal, który deklaruje swe białoruskie korzenie (po ojcu).

BiełTA poinformowała, że Steven Seagal wyznał, iż od dawna marzył o tym, by osobiście poznać prezydenta Łukaszenkę i bardzo o to zabiegał. Udało mu się. Aleksandr Łukaszenka przyjął go na nieformalnym spotkaniu. Ponieważ u białoruskiego prezydenta trwa akurat zbiór plonów, to gość dostał lekką kolację wprost z grządki (przede wszystkim słynne arbuzy). No ale znalazł się też chłodnik, kartofle i trochę białoruskiej słoniny.

Na Białorusi kampania wyborcza do parlamentu jest w pełnym toku. Wybory odbędą się 11 września. Czy do tego czasu jeszcze jakiś znany Amerykanin objawi swe białoruskie korzenie?

Piotr Badura

(1953) Ślązak z dziada pradziada, ducha polskiego, z wielką sympatią do Niemiec. W latach 1989-2014 wydawał i redagował lokalne czasopismo "Beczka" (działalność non-profit) we wsi Brynica w gminie Łubniany
Autor miesiąca Prawicy.net w marcu 2012.

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
4.75
Ogólna ocena: 4.8 (głosów: 4)

Dyskusja

oto Tomasz Dalecki

Zwracał też uwagę, że z

Zwracał też uwagę, że z Białorusi podarowała światu wielu wybitnych ludzi (wymienił m.in. Adama Mickiewicza i Tadeusza Kościuszkę) i może być z nich dumna.

Czekam na pełne oburzenia komentarze pp norwida i Krzysztofa M...

oto norwid

ku pamięci - ale Ivo to pewnie też nie Polak tylko np Ukrainiec.

„Nie nazywaj mnie tak, bo tak na mnie wołały dzieciaki na podwórku. Zaraz w mordę lałem…” – sztorcował mnie dobrotliwo-gderliwie mój wielki przyjaciel Iwusiu, czyli profesor inżynierii Iwo Cyprian Pogonowski (ur. 3 września 1921 r. we Lwowie – zm. 21 lipca 2016 r. w Sarasocie na Florydzie, USA). Był to człowiek renesansu: inżynier przemysłu naftowego, literat, koniarz, szermierz, farmer, wykładowca akademicki, architekt, rzeźbiarz i malarz, lingwista, historyk. Ale moja ulubiona historia o Iwie, która najlepiej ilustruje jego charakter, wydarzyła się bodaj w 2001 roku w Blacksburgu, w stanie Wirginia.

Przyjechałem do profesorostwa do zamku. Zamek to było kiedyś jedno z wielu emigracyjnych centrów naszej starej Rzeczypospolitej. Po prostu salon I RP. Zresztą podobnie było w Sarasocie, gdzie pp. Pogonowscy mieli zimowe apartamenty, a potem dom. I wcześniej w Luizjanie czy Teksasie – gdziekolwiek korzenie zapuszczali na emigracji. „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”.
W każdym razie zajeżdżam do Blacksburga, rzucam manatki do pokoju, pytam żonę, Panią Doktor Punię, gdzie Iwusiu. „Na basenie”. No to pędzę na dół. Zamek zaprojektował Iwo sam. Dom został skonstruowany z elementów wiaduktu zdjętego z autostrady, a wewnątrz miał kształt prostokątnej studni, z kilkoma niezależnymi od siebie poziomami. Lecę. Patrzę, a Iwo wczołgał się na skonstruowaną przez siebie z trzech drabin platformę (dwie stały na przeciwnych skrajach basenu i podtrzymywały trzecią, która leżała na nich) i strzela z wiatrówki. „Iwusiu, co Ty wyprawiasz?!” „He, he! Strzelam do węży”.

Iwo miał wtedy 80 lat i był sparaliżowany. Obok drabiny stał jego wózek inwalidzki. Nie przyjął do wiadomości, że jest w jakikolwiek sposób upośledzony czy ograniczony. Był zawsze wolny i tradycjonalistyczny.

Dwie połówki

Przed zamkiem „powiewała” metalowa rzeźba skrzydła husarskiego. I wisiał herb rodowy – Ogończyk. I jeszcze wiele innych dzieł sztuki, które wykonał Iwo. Wszystko to naturalnie zgrywało się z otoczeniem jego i jego żony – dr med. Magdaleny z Czarnków Pogonowskiej, od niemal 60 lat. Zgrywały się też i biografie i korzenie. Oboje szlachta, ona herbu Półkozic. Jej ojciec, Zbigniew Czarnek, był pułkownikiem WP, lekarzem, zamordowanym w Katyniu, a brat Stanisław, podporucznik AK, przeszedł przez Auschwitz, Gross-Rosen i został zamęczony w KL Mittelbau.

Małżeństwo z Magdą zostało zaaranżowane przez rodziny. Młodzi nie znali się. Iwo przyleciał wiosną 1957 roku do Polski, bo po Październiku czerwoni chwilowo rozluźnili żelazną rękawicę na gardle Polaków. I na fali odwilży nastąpiło małżeństwo z rozsądku, które rozkwitło w wielką miłość. Iwo wylądował w grubej marynarce w kratę, zrobił tym strojem fatalne wrażenie na Magdzie („przystojny chłopak, ale jaka ohydna marynarka!”). Ale on tłumaczył mi, że wziął specjalnie taką ciepłą garderobę, bo się obawiał, że go Sowieci na Sybir wyślą, a tak przynajmniej miał coś ciepłego.

W Polsce – głównie w Krakowie, dokąd przeniosła się jego rodzina po Powstaniu Warszawskim – para młodych miała tylko miesiąc na zapowiedzi, ślub i wesele. Potem zajęło kilka dobrych lat, aby Pannę Młodą wyciągnąć z PRL do USA. W chwilach wolnych od pilnowania Iwa pracowała jako lekarz-radiolog. Zaadoptowali córeczkę, Dorotę. A Iwo tymczasem szalał – zawodowo i społecznie.

Szlachcic z pochodzenia i charyzmy

Iwo Cyprian Pogonowski urodził się w rodzinie inteligenckiej wywodzącej się z Podlasia i mającej rozpisane drzewo rodowe mniej więcej od bitwy pod Grunwaldem. I Iwusiu żywo reagował na historyczne koneksje rodowe. „Twoja żona z domu Jabłonowska? Moja babka była z Jabłonowskich”. „Nie, Iwusiu, moja żona, mimo że jest jak najbardziej moją najjaśniejszą księżniczką, nie wywodzi się z książąt Jabłonowskich, a z normalnych Jabłońskich”. Tak się przekomarzaliśmy.

Często puentował sprawy w archaiczny, suchy sposób, gdy nie chciał marnować czasu. Czasami jednak dawał szansę gościowi, gdy myślał, że warto przekonywać. Raz przywiozłem do niego Radka Sikorskiego, który szukał wsparcia, bo zamierzał ubiegać się o prezydenturę Polski. Nie przemówiło to do Iwa, który zaczął dawać mu wykład historyczny. Nie docierało do gościa. Radek zasnął na tarasie. Nie chciał się uczyć. Odwrotnie niż Wojtek Muszyński, Sebastian Bojemski i inne dzieciaki, które posyłałem do Iwa. Tak ich kochał, tak łaknął kontaktu z polską młodzieżą. Oni też go kochali, bo był łącznikiem ze światem, który eksterminowano w PRL, a którego kaganek on krzepko dzierżył w dłoniach.

Iwo pojawił się raz w amerykańskiej telewizji w polskim stroju historycznym i pokazywał widowni, jak się włada polską szablą. Tłumaczył, że wojsko amerykańskie do dziś posługuje się bronią białą wzorowaną na polskiej szabli – dzięki Kazimierzowi Pułaskiemu, twórcy amerykańskiej kawalerii. Zresztą zawsze i wszędzie Iwusiu był ambasadorem RP, zawsze się za nią ujmował, bronił przed niesprawiedliwościami i wrednymi atakami.

To wyniósł z domu wraz z szaloną erudycją. Jego ojciec Jerzy był adwokatem i dyplomatą z dwoma doktoratami: z historii prawa i literatury słowiańskiej. Matka Zofia była rzeźbiarką, malarką i pianistką. W domu był jeszcze młodszy brat Iwa, Krzyś.

Iwo trafił do gimnazjum Kreczmara, gdzie był w jednej klasie z Rysiem Pipesem, znanym dziś historykiem Rosji. Richard Pipes napisał nawet wstęp do jednej z książek Iwa. Moja ulubiona anegdota z profesorem Pipesem dotyczy ochrzanu, jaki dostał od Iwa. Było to chyba ze 20 lat temu. Profesor Pipes został zaproszony do stacji telewizyjnej, aby dyskutować o II wojnie światowej.

Stwierdził na wizji, że jest on osobiście wdzięczny za to, że Stalin – pokonując Hitlera – ocalił mu życie. Iwo się wściekł. Zadzwonił do profesora: „Rysiu, ty sukinsynu. Przecież was ocalił generał Wieniawa-Długoszowski, który od Mussoliniego wydębił wizę dla was, na podstawie której cała twoja rodzina wyjechała z Polski w grudniu 1939 roku. A potem tranzytem przez Hiszpanię i Portugalię dotarliście do Nowego Jorku. Czyli powinieneś w telewizji podziękować w pierwszej kolejności gen. Długoszowskiemu, a potem Mussoliniemu, Franco i Salazarowi, a nie Stalinowi”.
Profesor Pipes gęsto się sumitował i tłumaczył, że to przenośnia, ale Iwo był nieubłagalny. Szkoda, że od jakiegoś czasu koledzy gimnazjalni ze sobą już nie gadali. Iwo tłumaczył: „Pani Pipesowa uwierzyła Grossowi i wyprawia grossjadę. Rysio siedzi cicho”.

Szczęściarz, który nie porzucił nadziei

Po świętach Bożego Narodzenia w grudniu 1939 roku Iwo wyszedł z Warszawy. Postanowił przebijać się do Francji, do wojska. Złapali go na granicy z Węgrami ukraińscy chłopi. Po prostu wskazali obcego policji niemieckiej. Było to w styczniu 1940 roku. Uwięziono go w Krośnie, Jaśle, a potem Tarnowie. W sierpniu 1940 roku jednym z pierwszych transportów posłano go do Auschwitz. Okazało się, że dla wszystkich jeszcze nie było miejsca. Wyładowano część transportu, ale Iwo wraz ze współwięźniami czekał na bocznicy w wagonie. Po dwóch dobach oczekiwania zdecydowano się ich nie wyładowywać, lecz wysłano do obozu Sachsenhausen-Oranienburg. Podróżowali głodni, spragnieni. Wywalono ich z wagonu, posypały się na nich kopniaki, przekleństwa. Na bramie slogan: Arbeit macht frei. Przyjaciel Iwa, Witold Wierzbicki, student literatury i kawalerzysta, ranny ciężko w rękę w kampanii wrześniowej, skomentował: Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate – „Porzućcie wszelką nadzieję ci, którzy tu wstępujecie” – piekielnie celny komentarz do dantejskich scen. To był dopiero początek. Niedługo potem, nie potrafiąc wytrzymać katowania, jego kolega „poszedł na druty” – popełnił samobójstwo.

Wbiło mi się w głowę kilka opowieści Iwa o niemieckich lagrach. O tym, jak przeżył gruźlicę, stracił ponad 30 kilo wagi, ale kolega Kazimierz Więcek dał się prześwietlić za niego (dzięki dr. Stanisławowi Kelles-Krauzowi). I Iwo dlatego przeżył selekcję, nie poszedł do gazu. Chyba najbardziej niesamowita historia to ta, gdy Iwo podpadł kapo i trafił do komanda śmierci. Przeżył, bo nauczył się spać, chodząc. Po prostu niósł wraz ze współwięźniami belkę i drzemał. Budził się, gdy trzeba było ją zrzucić, a potem znów spał.

Po jakimś czasie przeniesiono go do „normalnego” komanda, ale znów inny kapo, niemiecki kryminalista, zawziął się na niego. Wręcz oświadczył mu wprost, że zamierza go zabić i jeszcze jednego kolegę. Ale u Niemców Ordnung muss sein. Kapo czekał na sposobność, aby mord odbył się legalnie. SS nie znosiło samosądów. Iwo postanowił ubiec wypadki i zdecydował wylądować w szpitalu, tym sposobem znikając z jurysdykcji morderczego kapo. Wraz z kolegą udał się na tory kolejowe, gdzie mieli sobie na wzajem połamać nogi. Iwowi udało się złamać współwięźniowi kość za pomocą klina podłożonego pod podkład kolejowy, ale kolega nie potrafił tego zrobić Iwowi, tylko mu ją wyrwał „z zawiasów”, zwichnął ją. Ale i tak obaj trafili do szpitala i przeczekali najgorsze. W międzyczasie ktoś zabił kapo-nienawistnika.

Kiedyś na przyjęciu proszonym Iwo strasznie się nudził. I denerwowało go towarzystwo. A więc opowiedział (niby na mój użytek, ale na cały głos) następującą wspominankę. W środku dnia komando Iwa rozładowywało na bocznicy pociąg z węglem. Nagle zawyły syreny, nadlecieli Brytyjczycy (w nocy bombardowali Amerykanie) i spuścili na nich grad bomb. Iwo zrazu popędził w stronę schronu, ale zobaczył, że SS-mani wyganiają z niego więźniów, więc schował się za nasypem w leju od bomby z częścią kolegów. Zobaczył, jak większość współwięźniów wpełzła pod wagony. Spadły bomby zapalające. I wszyscy się upiekli. „I co dalej?” – pytam. Iwo: „Nic, wychodzimy z leja, a tam jeńcy sowieccy jedzą sobie barbecue”. Sowieci zrobili grilla z ofiar. Większość gości straciła apetyt, a Iwo ze smakiem powrócił do zawartości swego talerza.

Innym razem w Sachsenhausen Iwo zobaczył, jak esesman popchnął współwięźnia do glinianki. Nieszczęśnik zaczął się topić. Iwo wskoczył i wyłowił go. Uratowany bardzo się dziwił czynowi Iwa i obiecywał, że go po wojnie suto wynagrodzi. Był Żydem, niemieckim bankierem z Hamburga. Iwo mu odparł: „Nie potrzebuję żadnej nagrody. Jestem katolikiem i w domu mnie uczono, aby pomagać bliźniemu”. A ja spytałem Iwusia: „Ale jak się zdecydowałeś, że mu pomożesz?”. Iwo: „O takich rzeczach właściwie się nie myśli. Trzeba to robić błyskawicznie. Zobaczyłem, że esesman, który pchnął tego człowieka, nie zrobił tego w złości, tylko dla dowcipu. Takie specyficzne niemieckie poczucie humoru. A więc nie zależało mu na zamordowaniu więźnia, tylko na rozweseleniu kompanów i siebie. Gdyby więzień zginął, też by nie było problemu. Uznałem, że ryzyko jest małe. Wskoczyłem. Naturalnie mógł był mnie zabić za zepsucie mu żartu, ale okazało się, że – jak wytaplałem się w błocie – to było dla niego jeszcze śmieszniejsze”.

Iwo wyrobił w sobie niesamowity odruch błyskawiczności i inicjatywy. I to mu kilkakrotnie ratowało życie, a służyło świetnie również po wojnie. W kwietniu 1945 roku Iwa i innych współwięźniów popędzono na marsz śmierci. 6 maja zmordowana kolumna ledwo słaniających się na nogach więźniów usłyszała komendę: „Halt!”. Następnie oficer szczeknął do SS-manów: „Odbić na lewo”. Iwo natychmiast zrozumiał, że szykuje się egzekucja. Chwycił kolegę za ramię, szarpnął, wskoczyli do rowu. Rozległy się salwy. Na Iwa posypały się posiekane, krwawiące ciała. Siedział jak trusia. Przeżył on i kolega. Niedługo potem pojawili się Amerykanie; traf chciał, że byli wśród nich polskiego pochodzenia chłopcy z Chicago. Dogadali się. Amerykanie zebrali okolicznych Niemców-cywilów i kazali im grzebać wymordowanych więźniów.

Iwo poszedł na zachód

Uniknął zagonu sowieckiego i trafił do swoich, do Maczkowa. Wnet nawiązał kontakt z rodziną w kraju. Dowiedział się, że i matka i ojciec ledwo przeżyli więzienie Gestapo. Jego stryjenka, dr Maria Pogonowska, zginęła w sowieckich kazamatach we Lwowie. Jego kuzyn Janusz został powieszony w Auschwitz, a nastoletni brat Krzysztof zginął w Powstaniu Warszawskim pod koniec sierpnia 1944 roku na Starym Mieście. Walczył w plutonie

„Mieczyków”, wywodzącym się z Konfederacji Narodu. Matka Iwa została w powstaniu ciężko ranna. Rodzina właściwie straciła wszystko. Ojciec zabronił wracać mu do Polski, która znalazła się pod sowiecką okupacją.

W 1950 roku Iwo, jako uchodźca polityczny, przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych. Pomagał mu w tym znajomy pisarz Clarence Pendelton oraz senator William Fulbright. W USA natychmiast wstąpił na wydział inżynierski University of Tennessee. Zrobił najpierw licencjat (BS), a potem magisterium (MS) w dziedzinie inżynierii. Jako student utrzymywał się m.in. wykładając geometrię. Wolałby studiować nauki humanistyczne, ale trzeba było z czegoś żyć – powiadał. W 1955 roku przyjęła go do pracy prestiżowa firma Shell Oil. Zajmował się projektami naftowymi m.in. w stanach Luizjana i Teksas. Miał ponad 50 patentów. Chyba najważniejszym wynalazkiem była platforma wiertnicza-trójnóg, inna to sześciokąt. Te pionierskie rozwiązania ograniczyły w dużym stopniu przypadki wywracania się platform podczas sztormów i huraganów.

Od 1972 roku Iwo Pogonowski nauczał inżynierii oceanicznej i naftowej w prestiżowej Virginia Polytechnic Institute and University (Virginia Tech) w Blacksburgu, w stanie Wirginia. I coraz bardziej poświęcał się humanistyce, szczególnie lingwistyce, a właściwie wszystkiemu, co dotyczyło Polski i jej kultury oraz historii. Raz na publicznym odczycie skrytykował pisarstwo Czesława Miłosza, który potem gniewnie odgryzł się na łamach „Kultury”. Zdenerwowany, że „jakiś inżynier” ośmielił się mieć opinię o literaturze. A Iwo nic sobie z tego nie robił.

Na straży prawdy

Iwo był wielkim zwolennikiem polsko-żydowskiego dialogu i przyjaźni. Ale uważał, że wszystko powinno być oparte na prawdzie historycznej i wzajemności. A z tym z biegiem lat było coraz bardziej krucho. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pokłócił się nawet z Janem Karskim o Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Ostatnią częścią tamtejszej wystawy jest informacja o pogromie w Kielcach. Iwo wściekł się. Podkreślał, że nie godzi się twierdzić, iż Kielce to był ostatni akt Holokaustu. Wychodzi na to, że Zagładę Żydów popełnili jacyś tam naziści, a skończyli Polacy. Karski się obraził, wyszedł, trzasnął drzwiami i nigdy już nie rozmawiali. A przyjaźnili się kilkadziesiąt lat. Iwo opowiadał, że Jan Karski był taki jak on – polski patriota. Ale nikt o nim nie wiedział, nikt nie zwracał uwagi, dopóki Elie Wiesel go nie wyciągnął z mroków historii pod koniec lat siedemdziesiątych. I wtedy Karski zaczął wczuwać się w rolę. Z politycznego kuriera polskiego podziemia stał się posłańcem z Polski do USA właściwie wyłącznie w sprawie Holokaustu. Taka metamorfoza.

U Iwa też nastąpiła metamorfoza. Wściekł się na „Upiorną dekadę” Jana Tomasza Grossa, któremu od dawna nie ufał, bowiem jego znajomy Stefan Korboński chyba w 1980 roku bardzo negatywnie ocenił najwcześniejszą pracę socjologa dotyczącą okupacji niemieckiej w Polsce. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była sprawa Jedwabnego. Iwo poświęcił się całkowicie odkłamaniu „grossjady”. Była to jego ostatnia wielka wojna. Nigdy nie był cierpliwy. Tutaj dwoił się i troił. Działał błyskawicznie. Popędzał mnie – zresztą zgodnie ze swoim kolegą, profesorem Marianem Kamilem Dziewanowskim. Wyskakiwał przed szereg. Publikował. „Jak post-PRL-owska inteligencja chce być na kolanach, to dobrze. Ja będę pisać dla ludu; prości ludzie prędzej zrozumieją logikę, bo nie są tak otwarci na wyrafinowaną propagandę grossjady”. Zaczął współpracować z Radiem Maryja i „Naszym Dziennikiem”. Cześć pamięci ostatniego husarza I Rzeczypospolitej.
http://nczas.com/publicystyka/wlasciwie-hiob-choc-...

oto samograf

Żywiłem cichą nadzieję, że...

...raczej podkreśli pan dumę, z jaką obecne władze Białorusi obnoszą się białoruskim pochodzeniem Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego.

oto Krzych Adam

O tak! "... władze Białorusi obnoszą się..."

oto Paulina Kaufmann

Ostatni husarz.

OSTATNI HUSARZ
Lucusia spowijała mgła tajemnicy i ważności. Różni ludzie, znajomi, wiedzieli o tym
mniej lub więcej, ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. W s z y s t k o wiedziała tylko
żona Lucusia, mama Lucusia i babka Lucusia. Pozostali — krewni Lucusia, ba, nawet jego
dzieci — skazani byli na domysły.
Żona Lucusia, codziennie, gdy dzieci już poszły spać, a Lucuś siedział przy lampie, w
pantoflach, z gazetą w ręce — zbliżała się do niego, kładła mu głowę na kolanach i długo,
długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską, Lucusiu, uważaj na siebie...
Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju.
Lucuś jest bohaterem.
Zdarza się, że przychodzi do domu rozpromieniony, milczący, ale domowi wiedzą, że
gdyby chciał i mógł, to miałby wiele do powiedzenia. Wieczorem żona pyta go nieśmiało, z
nie tajonym podziwem:
— Znów?...
Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Cała jego postać wyraża męskość i siłę.
— Gdzie?... — zapytuje dalej żona, przejęta własnym zuchwalstwem.
On wstaje, podchodzi do drzwi, otwiera je nagłym ruchem i sprawdza, czy nikt nie
podsłuchuje. Sprawdza także rolety na oknach. Odpowiada ściszonym głosem:
— Tam, gdzie zwykle...
— Ty... — powiada żona.
W tym słowie jest wszystko.
Wśród bliskich znajomych Lucusia, jak już wspomnieliśmy, krąży niejasna,
podniecająca fama: Lucuś musi uważać... Czy Lucusiowi coś grozi?... Ach, ten Lucuś...
Lucuś im daje, no no...
Jego mama niepokoi się o Lucusia, ale jest z niego dumna. Nie mówi o nim inaczej jak
„mój syn”. Natomiast babka Lucusia, niezłomna matrona, mieszkająca osobno, jest tylko
dumna. Żadnych obaw nie okazuje na zewnątrz. Mówi do swojej córki, matki Lucusia:
— W naszych czasach trzeba się narażać. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni.
Gdyby Eustachy żył, działałby tak samo jak Lucuś.
W rozmowie z prawnuczkami robi także aluzje:
— Cieszcie się, że macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy
w pióropuszach, galopujących przez równiny. — Wasz ojciec mógłby tak samo. On się nie
załamał.
Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. Starannie zamyka się w kabinie.
Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam?
— po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!”
Wypada z ustępu, wskakuje do pierwszej lepszej dorożki lub taksówki i klucząc ulicami
wraca do domu. Wieczorem żona zapytuje go nieśmiało:
— Znów?...
Lucuś działa od dawna i chociaż życie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o
bezsenność — nie rezygnuje.
Lucuś jest ostrożny, zmienia charakter pisma. Od czasu do czasu pożycza także w
biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. „Jeżeli zidentyfikują, do kogo należy pióro,
którym to napisałem... Ha ha...” — i śmieje się groźnie na myśl, jak z pyszna będzie się
miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego, Lucusia, prześladowcy.
Czasami sytuacja ścina krew w żyłach Lucusia. Zdaje się, że nie ma wyjścia. Na
przykład pewnego razu, gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie
załomotał do drzwi. Serce Lucusia zamarło. Był pewien, że to oni. Gorączkowo starł
świeży napis. Łomotanie nie ustawało. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy
otworzył. Wpadł tęgi mężczyzna z teczką (czyżby prokurator? — przemknęło Lucusiowi
Sławomir Mrożek – Opowiadania
43
przez myśl), czerwony na twarzy, bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. Ale
Lucuś długo pamiętał tę chwilę.
Również fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. A nuż to jedynie
charakteryzacja?
Aż pewnego zimowego dnia, kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy, przystanął i
zamarł. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. A na nich, w poprzek, widniał brutalny
napis kredą, niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT.
Lucuś poczuł się jak husarz, któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz —
rozgląda się i nie znajduje swej broni.
Postanowił jednak walczyć nadal. Poszedł na dworzec kolejowy. Ale właśnie z peronu
wychodziła kompania żołnierzy i wielu z nich skierowało się tam, gdzie i Lucuś. W
Lucusiu zrodziło się podejrzenie. A więc nie tylko użyli zdradzieckiego chwytu REMONT,
ale wprowadzają stan wyjątkowy. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i
ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. Nie, Lucuś jest zbyt przebiegły, Lucuś
poznał się na tym. Tak Lucusia nie wezmą.
Nie wątpił, że o n i obsadzili już wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku; a więc są
już w hotelu ,,Polonia” i w punkcie wyżywienia zbiorowego „Gastronom I”. Ale
postanowił, że ostatnie słowo będzie należało do niego. Wsiadł do pociągu, choć tam też
był ostrożny. Wysiadł na następnej stacji. Opodal leżała niewielka, uboga wioska.
Dobrnąwszy do pierwszego domu, zapytał o ubikację.
— Czego? — zdziwiono się. — My, panie, chodzimy do lasu...
W zagajniku było już mroczno. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. Wszedł w sam
środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam pokaże”.
Wrócił do domu. Tego wieczoru długo stał przed lustrem, sprawdzając, czy do jego
ramion nadawałyby się orle skrzydła.
Sławomir Mrożek

oto norwid

husarz kaufman

Husarz Kaufman jak się sam zresztą chwalił miał wiele talentów. Związanego agenta Jamesa Bonda o kryptonimie 007 postanowił więc wymyślnie wymiśkować w odcinku pt. Golden Eye (o ile dobrze pamiętam).
Nie inaczej jest z paralelą Pauliny. Postanowiła ona (jak mniemam) Ivusia Pogonowskiego wymiśkować ze skrzydeł używając prześmiewcy Mrożka.

Pech chciał że zmarł on 15 sierpnia 2013 w Nicei. Paradoksalnie kilka lat wcześniej ni diabeł ni kobita ale chłop wykrzyknął "Nicea albo śmierć".
Pech chciał ze Mrożek w Nicei wyzionął ducha czym zadał kłam Rokicie uznając że jednak NICEA I ŚMIERĆ!
Pech chciał że wyzwanie podjął też inny prześmiewca tym razem islamski który rozwiązał zagadkę Pauliny miśkownicy co to jest czarne w białym jedzie po czerwonym.

Szanowny Pan Ivo Cyprian Pogonowski zapewne nie pochwaliłby mnie za ten komentarz.

oto samograf

Korzeniów jak mrówków

aktor Steven Seagal, który deklaruje swe białoruskie korzenie (po ojcu)

W samej Wikipedii ma facio pochodzenia od groma:

Categories: 1952 births | 20th-century American male actors | 21st-century American male actors | Activists from California | American aikidoka | American beverage industry businesspeople | American blues singers | American Buddhists | American country singers | American deputy sheriffs | American environmentalists | American expatriates in Japan | American guitarists | American judoka | Male judoka | American karateka | Male karateka | American kendoka | American male film actors | American male singers | American martial artists | American people of Buryat descent | American people of Irish descent | American people of Kalmyk descent | American people of Russian-Jewish descent | American people of Mongolian descent | American stunt performers | Animal rights advocates | Buddhists of Jewish descent | Businesspeople from California | Businesspeople from Michigan | Businesspeople from Louisiana | Converts to Buddhism | Film directors from California | Film directors from Michigan | Living people | Nyingma | Male actors from Fullerton, California | Participants in American reality television series | People from Jefferson Parish, Louisiana | Male actors from Lansing, Michigan | People from Osaka | Tibetan Buddhists from the United States | Tulkus | People from Germantown, Tennessee | Jewish American male actors | American people of Dutch descent

A gdyby tak trochę pogrzebać, to parę dodatkowych pochodzeniów by się jak nic znalazło.

oto Krzych Adam

Wystarczy już tylko tych korzeniów czy pochodzeniów.

Mnie najbardziej zafrapowały te od amerykańskich wokalistów jazzowych (post scriptum, sorry, tylko bluesowych). Chociaż tuż tuż za tymi korzeniami następowały buriackie i kałmuckie.

Ale tak to z tymi Amerykanami bywa. Pamiętam taką Sekretarz Stanu, która sama dokładnie nie wiedziała czy jest z pochodzenia Czeszką, czy Serbką. Ale poza tym wiedziała wszystko co należy. Myśmy nawet tego nie wiedzieli, a ona tak, że "drogi Bronisław" to nasz "skarb narodowy".

oto samograf

No tak

nie wiedziała czy jest z pochodzenia Czeszką, czy Serbką

Ale ta pani mówi płynnie i biegle zarówno po czesku jak i po serbsku. Natomiast jest niemal pewne, że ten tutaj na chybcika zbiałorutenizowany ekscentryk-megaloman ani po buriacku, ani po kałmucku, ani po mongolsku, a już tym bardziej po białorusku, złamanego dźwięku z siebie nie wyda.

oto Robercik

Może i ta pani mówi płynnie

Może i ta pani mówi płynnie po serbsku (nie wiem), ale popierała bombardowania Serbów , a raz się nawet zdenerwowała i pod nosem określiła jakiegoś faceta jako "disgusting Serb". Serbka tak by raczej nie powiedziała. Taka z niej Serbka jak z Michnika Polak. Jej pochodzenie wyszło gdy komentowała wymordowanie za pomocą blokady głodowej pół miliona irackich dzieci (blokada nazywa się "sankcje" i została wprowadzona w latach 90, po tym jak USA zbombardowały w Iraku stacje uzdatniania wody zamieniając kranówę - za przeproszeniem - w gówno. Stacji nie można było naprawić, bo "sankcje". Leków nie można było kupić, bo "sankcje".

Radykalna talmudystka udająca demokratkę. Czy to blokada Gazy czy Doniecka, to wyłazi szydło z worka. btw. ta dziennikarka oczywiście też jest "pochodzenia", ale jak widać ma jakieś ludzkie odruchy.

oto Tomasz Dalecki

Może i ta pani mówi płynnie

Może i ta pani mówi płynnie po serbsku

Nie mówi.

Taka z niej Serbka jak z Michnika Polak

nie.
Ona ma korzenie czeskie a nie serbskie.
Z Serbią nie ma nic wspólnego.

oto Tomasz Dalecki

Faktycznie, chyba jakoś

Faktycznie, chyba jakoś sobie radzi z czytaniem.

Tak czy owak - Serbką nie jest. Korzenie ma czeskie a nie serbskie.

oto mojmir

Nie ma języka serbskiego

jest serbo-chorwacki; jeden język w dwóch alfabetach. Co ciekawe, Czesi bez problemów dogadują się z Chorwatami, do których kraju jeżdżą najczęściej. My mamy większy problem z dogadaniem się z Chorwatami, ale i z Czechami też. Być może znajdzie się językoznawca, który wyjaśni tą ciekawostkę.
Zaś pani, o której mowa jest Żydówką.

oto Krzysztof M

My mamy większy problem z

My mamy większy problem z dogadaniem się z Chorwatami, ale i z Czechami też. Być może znajdzie się językoznawca, który wyjaśni tą ciekawostkę.

Ten, kto zna język "tutejszych" czyli mieszkańców wsi na Podlasiu, też z łatwością dogaduje się z Chorwatami.

Wyjaśnienie jest jedno: mamy do czynienia z pozostałościami języka staro-słowiańskiego.

oto Czesław

Zięć D.Trumpa

D.Trump mówił że jego zięć to Żyd, czy to nie przypadkiem ten sam, "co ma korzenie białoruskie"?.

oto chłop jag

Czyli już można udowodnić wskazując

na Białoruś, że atrapa Polski jest z szatańską konsekwencją wyniszczana - tołażysze.
Wniosek?
Czasami bywa tak, że te białoruskie korzenie tak naprawdę są polskie - tołażysze.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.