Ani państwo, ani rynek, czyli polityka zdrowotna

Straszenie „prywatyzacją w służbie zdrowia” ma równie mało sensu, jak zapewnianie, że tylko rynek uratuje polską opiekę medyczną.

Przed laty drugi filar ubezpieczeń zdrowotnych miał stanowić istotne, a z czasem nawet dominujące uzupełnienie systemu finansowania służby zdrowia w ramach reformy 1998 r. W prywatnych ubezpieczeniach widziano ścieżkę do bezbolesnego wzmocnienia opieki medycznej prywatnymi placówkami na poziomie poradni i szpitali – czyli marzono o dojściu do systemu, który ostatecznie sprawdził się w podstawowej opiece zdrowotnej. A jak wyszło – wiadomo. Zawirowania polityczne kolejnych lat, zmiany rządów, kołowrót wizji polityki zdrowotnej – wszystko to dotknęło także potencjalnych alternatywnych wobec NFZ płatników. Polacy nie są zadowoleni z publicznej służby zdrowia – ale boją się i jej prywatnego zamiennika.

Naiwne (?) początki

Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy. I było ich za mało od samego początku, tzn. od wydzielenia obowiązków płatniczych poza budżet państwa (początkowo do kas chorych) w latach 90-tych, pod rządami niesławnej koalicji AWS-UW. Wprowadzona wówczas składka zdrowotna od początku miała nie pokrywać całości kosztów – co jedni tłumaczyli dążeniem do ich racjonalizacji, inni zaś traktowali jako metodę do typowo polskiej prywatyzacji przez upadłość – tyle, że poradni i szpitali.

Oczekiwano też, że – skuszeni obowiązującą ulgą podatkową na prywatne ubezpieczenia zdrowotne – podatnicy skłonią się ku coraz szerszemu korzystaniu z drugiego filaru, co z kolei zachęci podmioty ubezpieczeniowe do coraz mocniejszego wchodzenia w branżę, do otwierania własnych placówek leczniczych oraz prywatyzacji na zasadach rynkowych włącznie, co z kolei wzbogaciłoby ofertę i system sam by się w końcu naprawił.

Sęk w tym, że tu jest Polska, a więc co ma pójść źle – to pójdzie. Z czasem odpis podatkowy zniknął, usamorządowione kasy chorych zastąpił dziwaczny twór w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia – niby nie budżetowego, ale jednak państwowego, a więc zainteresowanego raczej odbieraniem już przyznanych pieniędzy i mnożeniem etatów, a nie dywersyfikacją płatności (a więc i politycznych wpływów). Słowem – pieniędzy w medycynie nadal jest za mało (no chyba, że w kopertach...), kolejki do specjalistów się nie skurczyły, za to długi szpitali urosły.

Obecne pomysły sprowadzają się zaś do: wtórnego upaństwowienia bez dodatkowych pieniędzy (PiS), podniesienia daniny publicznej/składki bez zmiany systemu finansowania (PO), powtarzania, że jest źle i już (.Nowoczesna). Nie decydują więc ani mityczny „rynek”, ani równie mityczna „demokracja”, a tylko i wyłącznie raczej nudna medialna polityka.

Więcej na auto niż na zdrowie

Pacjentom przyszło więc znowu brać sprawy we własne ręce. W 2014 r. dodatkowe polisy zdrowotne miało w Polsce 1,2 mln osób, a w 2015 r. - już o 230 tys. więcej. Z kolei w Polacy wydali na prywatne ubezpieczenia o 21 proc. więcej niż rok wcześniej i wg Polskiej Izby Ubezpieczeń tendencja wzrostowa może się utrzymać. Co ważne bowiem – aż o 100 tys. zwiększyła się liczba ubezpieczeń wykupionych przez klientów indywidualnych (272 tys. w 2015 r.), a więc poza pakietami gwarantowanymi przez pracodawców. Najpopularniejsze, rzecz jasna, są polisy gwarantujące szybszy dostęp do specjalistów, do których z puli NFZ są najdłuższe kolejki.

Eksperci przekonują, że fakt iż wciąż więcej wydajemy na przykłada na AC naszych aut, niż na własne zdrowia – wynika ze zbyt wysokiej ceny polis. Ubezpieczyciele dopatrują się raczej „problemów systemowych”, tzn mówiąc prościej wiary, że „langsam langsam aber sicher” - prędzej czy później jakoś się dostaną do specjalisty, czy położą się w szpitalu. W ostateczności zaś – zawsze przecież zostają łapówki i układy, bez których, zaprawdę powiadam wam, żyć by się w Polsce nie dało.

System zresztą faktycznie nie zachęca, nie określając koszyka świadczeń, ponad który warto się ubezpieczyć. W dodatku – dodajmy, nie wolno nam za lepsze świadczenie (np. lepszą protezę, czy soczewkę) czy krótszą kolejkę zapłacić z własnej kieszeni – bo tracimy uprawnienia uzyskiwane w postaci już opłaconej składki ubezpieczeniowej. Słowem – nie dość, że nas nie wyleczą, to jeszcze okradną.

Jak się zakładać o zdrowie?

Na co zwrócić uwagę decydując się na podpisanie umowy na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne? Cóż, jak wiadomo – ubezpieczenia to rodzaj zakładu, bukmacherki. Mówiąc prościej - zakładamy się z państwem: po pierwsze o to, że dożyjemy 67. roku życia. Jak dożyjemy - wygrywamy i państwo oddaje nam z puli do której dokładaliśmy. Umrzemy dzień przed - państwo wygrywa i rozdaje pieniądze innym. Podobnie z ubezpieczeniem zdrowotnym - jeśli zachorujemy, najlepiej na coś drogiego, np. na raka z przerzutami - to wygrywamy i państwo oddaje nam z puli więcej niż wpłaciliśmy. Mamy pecha, jesteśmy zdrowi jak konie - przegrywamy i dokładamy do puli innym.

Na rynku prywatnym wygląda to o tyle podobnie – że polisę najłatwiej uzyskać osobom stosunkowo najmniej jej potrzebującym. Wiedzę na temat naszego stanu zdrowia ubezpieczyciele czerpią z nader szczegółowych ankiet, które zmuszeni jesteśmy wypełniać przed zawarciem umowy - „w zamian” uzyskując często np. wydłużone okresy karencji, w których jako ubezpieczeni nie będziemy korzystać z pełnej ochrony ubezpieczeniowej pomimo opłacenia wszystkich składek (w przypadku prowadzenia ciąży karencja może wynosić nawet... rok). Niektóre świadczenia są też z góry wyłączone z zakresu refundacji.

W innych przypadkach – ściśle określone są limity korzystania z, powiedzmy - wizyt lekarza w domu ubezpieczonego czy wykonywania badań na specjalistycznym i kosztownym sprzęcie. Na wszystko to warto zwrócić uwagę przy szukaniu odpowiedniej polisy, ale też wskazuje na tendencję do ograniczania ryzyka przez graczy obecnych na rynku. Bez zachęt podatkowych łączna wartość ubezpieczeń zdrowotnych stanowi niecałe 9 proc. tego, co rocznie wydajemy na ubezpieczenia AC – co tylko potwierdza naszą skądinąd zdrową skłonność do ryzyka, jak iście „murzyńskie” podejście do samochodów jako wyznacznika pozycji społecznej, ważniejszego nawet od zdrowia.

Co po NFZ

Nie w tym jednak rzecz – bo to wbrew zapowiedziom rynek (prawda, że ograniczony i regulowany) nie spieszy się zaspokajać realnych potrzeb pacjentów. Istniejące szpitale prywatne (poza nader nielicznymi przypadkami) w istocie są poszerzonymi AOS-ami (poradniami) wykorzystującymi luki systemu dla maksymalizacji zysków i ograniczania kosztów, przede wszystkim przez ograniczenie się do tańszych i prostszych przypadków, przy odsyłaniu pozostałych do publicznej służby zdrowia. W dodatku zaś, w stylu wziętym z socjalistycznych pogadanek - „prywaciarze” znakomicie znaleźli się w obecnym układzie, potrafiąc kupować się sobie intratne kontrakty w NFZ niekoniecznie z pożytkiem dla pacjentów. Jakoś bowiem zacny przykład weterynarzy, POZ i dentystów (ten ostatni zresztą nie do końca prawdziwy, bo i oni lubią luki i patologie systemu...) - nie działa.

Oczywiście, prawdziwy doktryner odpowie, że patologia ta zniknie wraz z likwidacją obowiązkowej składki oraz publicznego lecznictwa jako takiego – jednak wątpliwość wydaje się zasiana, a nawet zdrowo (nomen omen) zakiełkowana. W dodatku doprowadzenie przez PO do ostatecznego absurdu dawnego pomysłu Leszka Balcerowicza, że skoro całą gospodarkę w Polsce udało się sprywatyzować przez upadłość, to czemu nie powtórzyć tego manewru w służbie zdrowia – znacząco podważyło zaufanie pacjentów/ubezpieczonych/podatników/obywateli (jak zwał, zwał, kiedyś mówiło się po prostu Polaków...) do medycyny niepublicznej.

W obecnej sytuacji jednak nie ma się co obrażać, ani kłócić z realiami – te zaś są takie, że propozycje rządu PiS niczego pozytywnego dla służby zdrowia i opieki medycznej w Polsce nie wnoszą, bo ani nie usprawniają organizacji, ani nie przynoszą więcej pieniędzy. Równie jałowe są pomysły opozycji, nie mówiąc o utopii, że rynek załatwi wszystko. Z pierepałek ostatnich prawie dwóch dekad wynikają jednak dwa oczywiste fakty: po pierwsze, że do systemu należy dolać pieniędzy; po drugie – że dywersyfikacja płatności to jedyna wyobrażalna metoda, by uzyskać cel nr 1.

Od lat rozsądni ludzie powtarzają, że konieczna jest nie 101. „reforma służby zdrowia”, tylko jedna, prosta naprawa ubezpieczeń zdrowotnych, na początek przez wzmocnienie czynnika społecznego, powrót (?) do systemu kas chory, także spółdzielczych i ułatwienia dla ubezpieczeń prywatnych (powrót do ulg i odpisów), a więc i wzmocnienie prywatnego sektora w służbie zdrowia, nawet w obecnej, niedoskonałej formie, acz bez obecnych, mocno pozarynkowych preferencji. Tylko system komplementarny, mieszany: państwowo-prywatno-społeczny może w miarę harmonijnie zafunkcjonować, zarówno ograniczając obecne błędy i ograniczenia, jak i minimalizując zagrożenia, jakie radośnie zafundowaliby nam kolejni doktrynerzy – lub/i złodzieje.

W potencjalnie pozytywnej zmianie politycy oczywiście będą przeszkadzać. W końcu są w tym organizmie – niczym wirusy... A my musimy sami być szczepionką.

oto Konrad Rękas Konrad Rękas

Dziennikarz chełmskiej i lubelskiej prasy regionalnej, doradca rolniczych związków zawodowych - ZZR "Ojczyzna" i OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. Wiceprezes Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych. Prezes Powiernictwa Kresowego.
Autor Prawicy.net miesiąca stycznia 2013 ...

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
0
Jeszcze nie oceniano

Tematy: 

Dyskusja

oto elvis

I to by w zasadzie wystarczyło

Cyt. K. Rękas:
Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy. I było ich za mało od samego początku,

za diagnozę i przesłankę do terapii chorego systemu opieki zdrowotnej.

oto HeS

Za mało pieniędzy?

@elvis:"I to by w zasadzie wystarczyło"

Dodam od siebie, że zawsze będzie ich za mało. To normalne (ekonomia się kłania:).

- - -
from Admin:
ma pan założone konto HeS, proszę z niego korzystać

oto chłop jag

Obawiam się, że jest dużo gorzej.

Wniosek?
To taka specyficzna eutanazja - ludzi nie nadających się już do pracy w której czynnie uczestniczy także ZUS. Ponadto jak się chce rozłożyć firmę - można to zrobić poprzez danie gigantycznych płac (w polskim przypadku - relatywnie gigantycznych) niektórym pracownikom owej firmy - tołażysze.

oto Tomasz Dalecki

Pieniędzy w systemie ochrony

Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy

Przeciwnie. Jest ich tam raczej za dużo...

wynika ze zbyt wysokiej ceny polis.

hm...to ciekawe...
Oczywiście rozumiem, że to, czy cena jest wysoka to kwestia względna - ale jeśli płacę za takowy produkt znacząco mniejszą sumę niż kradnie mi NFZ - to skłonny jestem uznać cenę za niską.

oto Tomasz Dalecki

Po czym wnosisz?

Po czym wnosisz?

Na przykład po tym, ze za prywatne ubezpieczenie medyczne płacę 1/12 tego, co kradnie mi NFZ.
Na przykład dlatego, ze w pewnym warszawskim szpitalu, gdzie kiedyś był punkt krwiodawstwa teraz mieści się "dział współpracy z NFZ" - zajmując kilkaset m2 cennej powierzchni i kilkanaście etatów. A to sporo kosztuje....

Na przykład dlatego, ze po stwierdzeniu nadkwaśności NFZ sfinansował mi połowę ceny banalnego leku za 8zł. Nawet tego nie zauważyłem - a szczerze mówiąc uważam dopłacanie 4zł zdrowemu, dobrze sytuowanemu i stosunkowo młodemu gościowi do leku, który kosztuje mniej niż piwo w knajpie za wyjątkowo kretyńskie marnotrawstwo.

oto Skanderbeg

Pełna zgoda

Ja mam dofinansowanie do jednego leku nad nadciśnienie. A spokojnie poradziłbym sobie bez tego.
Bo ktoś to musi dofinansować. Pan mi dofinansuje to, ja Panu ten na nadkwaśność i wszystko się kręci.

oto Tomasz Dalecki

Właśnie. Ja rozumiem

Właśnie. Ja rozumiem dofinansowanie leku na raka za kilkaset zł.
Ale 4zł dopłaty do jakiegoś durnego preparatu na nadkwaśność? Groteska.
2 opakowania, łącznie NFZ dofinansował mnie na 8zł. Oszczędziłem na małe piwo.
A teraz przemnóżmy podobne głupoty przez kilka milionów...

oto Skanderbeg

I jeszcze papier, który

posłużył do druku rozporządzenia?I urzędnika. Bo taka drobnica pewnie schodzi w większej ilości, ktoś sobie załatwił dofinansowanie i kaska spływa.
Jeżeli coś jest droższe to ja to rozumiem. Polacy generalnie są biednym społeczeństwem. Mój jeden lek też kosztuje 8 zł (plus dofinansowanie) i jeszcze te kilka złoty nie stanowiłoby problemu.A paczka starcza na miesiąc (30 tabletek). Ja mało się na tym znam, ale patrząc zdroworozsądkowo widzę, że jest po prostu głupio

oto Ireneusz

:-)

Na przykład po tym, ze za prywatne ubezpieczenie medyczne płacę 1/12 tego, co kradnie mi NFZ.

A Autor napisał:

Na rynku prywatnym wygląda to o tyle podobnie – że polisę najłatwiej uzyskać osobom stosunkowo najmniej jej potrzebującym. Wiedzę na temat naszego stanu zdrowia ubezpieczyciele czerpią z nader szczegółowych ankiet, które zmuszeni jesteśmy wypełniać przed zawarciem umowy - „w zamian” uzyskując często np. wydłużone okresy karencji, w których jako ubezpieczeni nie będziemy korzystać z pełnej ochrony ubezpieczeniowej pomimo opłacenia wszystkich składek (w przypadku prowadzenia ciąży karencja może wynosić nawet... rok). Niektóre świadczenia są też z góry wyłączone z zakresu refundacji.

ORAZ:

System zresztą faktycznie nie zachęca, nie określając koszyka świadczeń, ponad który warto się ubezpieczyć. W dodatku – dodajmy, nie wolno nam za lepsze świadczenie (np. lepszą protezę, czy soczewkę) czy krótszą kolejkę zapłacić z własnej kieszeni – bo tracimy uprawnienia uzyskiwane w postaci już opłaconej składki ubezpieczeniowej.

Mówiąc po krótce - to niby ubezpieczenie, które pan ma, jest tylko i wyłącznie po to, aby ściągnąć z pana kasę, nic naprawdę nie dać, ale przekonać do siebie.
Gdy przyjdzie trwoga, to skierują pana do szpitala opłaconego przez NFZ. Być może pan nie będzie o tym wiedział, nadal myśląc, że to "prywatne" :-))

oto Tomasz Dalecki

Wiem, że napisał, tyle, ze

Wiem, że napisał, tyle, ze to nieprawda.

Nie wypełniałem żadnej "szczegółowej ankiety" ani żadnej innej. Nie ma żadnych "okresów karencji". Korzystałem już z tego, więc nie jest tak, że ma tylko ściągnąć kasę i nic nie dać. Np. robie sobie co jakiś czas rutynowe badania. Ot tak, dla sportu.

Gdy przyjdzie trwoga, to skierują pana do szpitala opłaconego przez NFZ

To oczywiście bardzo prawdopodobne, ale akurat ubezpieczenia z pełną gamą świadczeń, łącznie z leczeniem za granicą też są dostępne. Owszem, są dość - ale i tak sporo tańsze niż kwota, którą kradnie mi NFZ. W moim przypadku - jakieś dwa razy tańsze. Kiedyś nawet takie miałem.

oto Ireneusz

To zapytam inaczej

Czy ta "prywatna" przychodnia wypisuje panu recepty? A jeśli wypisuje, to czy są one pełnopłatne? Czy ze zniżką?

oto Tomasz Dalecki

Jasne, że wypisuje.

Jasne, że wypisuje.
I tak, była to recepta z tą durną ze zniżką (o której powyżej). Zniżka nie zależy od rodzaju przychodni.

oto Ireneusz

Zależy

I powiem tylko tyle, że chodzi pan do zwykłej przychodni opłacanej przez NFZ. Moi znajomi, którzy wykupili ciężki abonament założyli się ze mną, że nie zapiszę się bez opłaty do tej samej. No i przegrali. Ja tam jestem "za darmo", a oni dopłacają do tego, co mają z NFZ.
Pozdrawiam

oto Tomasz Dalecki

chodzi pan do zwykłej

chodzi pan do zwykłej przychodni opłacanej przez NFZ.

Nie.
Do tej akurat nie przyjmują na NFZ. W każdym razie do niedawna nie przyjmowali.

A poza tym - nie chodzę, bywam raz na dwa lata.

oto Ireneusz

Prościej już nie można (chyba)

Jeśli lekarz wypisuje panu receptę ze zniżką, to oznacza na 100 procent, że pracuje jako świadczeniodawca NFZ. I tyle w temacie.
Każdy prywatny świadczeniodawca (czyli każde inne ubezpieczenie niezależne od NFZ) nie może pod karą "ciężkich robót na Syberii" albo i dalej za kołem podbiegunowym wypisać recepty ze zniżką. Musi wypisać pełnopłatną. Jeśli wypisuje ze zniżką, to oznacza że wypisuje pod szyldem przychodni zarejestrowanej w NFZ.
Proszę przyjąć do wiadomości - płaci pan podwójnie. Jak wielu innych naiwnych. I w dodatku uważa pan, że jest uprzywilejowany i "okradany" przez NFZ :-))
Ewentualnie lekarze podejmują ryzyko niewspółmierne do sytuacji (i w to nie wierzę, bo trzeba by być bardzo łasym na kasę i być niezwykle krótkowzrocznym).

oto HeSS

Kto kogo leczy

@Ireneusz:"Gdy przyjdzie trwoga, to skierują pana do szpitala opłaconego przez NFZ."

Ale jest też odwrotnie. Jak "przychodzi trwoga", to pacjent sam się przekierowuje do szpitala prywatnego, bo z NFZ musiałby czekać na operację kilka miesięcy. Mnie to dotknęło. Z przepukliną kazali mi czekać kilka miesięcy na termin. Niby nic, tylko że miałem przypadek bolesny. Po 30 minutach poruszania się musiałem usiąść nieruchomo na kilkanaście minut. No i ryzyko wypłynięcia jelita do mosznej co groziło katastrofą. Taka to "darmowa opieka medyczna". W zasadzie na NFZ korzystają ci, którym w nagłych przypadkach grozi utrata życia (mają pierwszeństwo) i ci którzy wymagają długiego, kosztownego leczenia (i mogą czekać). Większość "średniaków" nie ryzykuje i woli wydać te 3-4 tys. PLN i skorzystać z prywatnego lecznictwa.

Tak na marginesie wszyscy tylko rozmawiają o pieniądzach a ignorują czas dostępu do usługi. Cóż mi z tego, że ktoś mi obieca, że za 2 lata zrobi mi jakiś zabieg. A takie terminy też wyznaczają pacjentom w szpitalach. To trochę tak jakby wydłużyć czas przejścia na emeryturę do 100 lat.

oto Ireneusz

O czasie dostępu też napisał Autor

Problem w tym, że nikt nie rozumie tego artykułu.
W ramach konkretnego budżetu w koszyku świadczeń powinno być powiedzmy leczenie grypy, ale już leczenia przepukliny w koszyku świadczeń gwarantowanych nie będzie (bo nie wystarczy na to pieniędzy). Pieniądze liczy się pokrótce, ilość pacjentów razy koszt ich przyjęcia. Do tego koszty środków, koszty badań, koszty leczenia itd. Powinno być też w koszyku uwzględnione, że leczy się jedynie dwie grypy rocznie u jednego pacjenta, a nie pięćdziesiąt cztery.
Każdy, kto ma trzecią grypę powinien leczyć się na własny koszt. A każdy z przepukliną też musiałby za leczenie zapłacić. W ten sposób zbilansowałaby się strona pieniędzy oraz strona kosztów.
U nas tego nie ma. Każdemu według potrzeb. A więc pieniędzy jest za mało.
Więc polityk unikając problemu i jego rozwiązania nakazuje specjalistom przyjąć 10 pacjentów rocznie, a jedenasty musi poczekać do następnego roku. W taki ukryty sposób polityk pragnie wywinąć się od odpowiedzialności, dba sztucznie o koszty, a ewentualną winą za nieleczenie obarczy specjalistę, który nie przyjął (cham jeden) jedenastego pacjenta w tym roku.
To jest clue tego artykułu. I to jest clue całego tego pseudosystemu leczenia w Polsce.
Z jednej strony fałsz, a z drugiej strony naiwniacy myślący że za 200 złotych ubezpieczenia są się w stanie leczyć NA WSZYSTKO.
Nie ma tak dobrze.

oto HeSS

A ta woda to na czyj młyn?

@Ireneusz:"Z jednej strony fałsz, a z drugiej strony naiwniacy myślący że za 200 złotych ubezpieczenia są się w stanie leczyć NA WSZYSTKO."

To zastanówmy się jeszcze komu taki stan rzeczy odpowiada? W/g mnie nie tylko politykom. Np. środowisko lekarzy żeruje na takiej sytuacji. Różni profesorowie w państwowych szpitalach mogą przepychać swoich prywatnych pacjentów na początek kolejki oczekujących i wykonywać zabiegi na koszt NFZ. Z drugiej strony "elity", które mogą sobie załatwić szybszy dostęp do bezpłatnego leczenia (nawet leczenie za granicą za kilkaset tys PLN). Nie mówiąc o firmach farmaceutycznych, które jak umieszczą swoje leki na liście leków refundowanych, to mogą podnieść cenę nawet kilkukrotnie. Mówiąc krótko jak zwykle państwową (niczyją:) własność ukraść najłatwiej a koszty rozkładają się na płatników, którzy i tak muszą płacić.

oto Krzysztof M

Znajoma dostała przy wypisce

Znajoma dostała przy wypisce ze szpitala lek od lekarza... poza receptą... jakieś reklamówki, czy coś... Na opakowaniu była napisana cena - 20.000zł.

oto Ireneusz

Tak. Zupełna racja.

Każdy rynek, który jest subwencjonowany oraz reglamentowany - jest źródłem gangsterskich i nieuczciwych rozgrywek.
Prościej więc byłoby, aby napisać "koszyk" tego, co się "należy", a resztę wycenić i do tego wszystkiego dopłacać. Tyle, że to wymaga zmiany konstytucji ;-)) Siły przy wprowadzeniu.
Bo w dobrym rynkowym podejściu do medycyny profesorowie nie musieliby katować się półlegalnymi gabinetami prywatnymi. Nie chciałoby im się. Płace w medycynie wzrosłyby niebotycznie, co najmniej do gaży w Szwecji czy w Niemczech.
Na przykład (dokładnie nie powiem, ale gdzieś pewnie to można znaleźć) w Czechach, gdy wprowadzono drobną opłatę za wizytę w przychodni, to ilość wizyt spadła natychmiast w cudowny sposób dwu lub nawet trzykrotnie. Czyli nie 60 chorych do jednego lekarza w ciągu jego pracy, ale nagle 20 osób. Nie 8x60/60=8 minut na pacjenta, w tym wejście i wyjście. Ale nagle na jednego pacjenta Czesi mają prawie 25 minut. A reszta jakoś nie umarła śmiercią natychmiastową, tylko zaczęli o siebie dbać, ubierać się, pić ziółka. Nie słuchać idiotycznych reklam. No prawie że bajka. Ludzie w Czechach zaczęli być za siebie odpowiedzialni. Zamiast zrzucać odpowiedzialność na lekarzy, jak nadal u nas :-)))

oto Skanderbeg

A że przerobili stację krwiodastwa?

Nie chcę brzydko się wyrażać, ale jak ktoś z bliskich takich decydentów, będzie owej krwi potrzebował, to pewnie będą apelowali o oddawanie.

oto Tomasz Dalecki

A że przerobili stację

A że przerobili stację krwiodastwa?

Stwierdzam tylko fakt, nie wiem, czy była tam niezbędna.
Spoko, na Saskiej jest całkiem miło. I dojazd też niezły. Choć oczywiscie niektórzy mieli tam bliżej.

oto Skanderbeg

Ja mieszkam w dawnym gorzowskim

Oddaję krew i wiem, że w tym naszym regionie, są tylko 3 albo 4 stacje krwiodastwa. Też pewnie były zbędne. Dopóki krew nie okaże się niezbędna.

oto HeSS

Kiedy zabraknie krwi.

@Skanderbeg:" Też pewnie były zbędne. Dopóki krew nie okaże się niezbędna."

Mam znajomego, który regularnie latami (honorowo) oddawał krew. Miał wszystkie dokumenty (legitymację, ...). Któregoś dnia miał mieć jakiś zabieg i potrzebny był jakiś produkt krwiopochodny. Okazało się, że mogą mu zaaplikować tylko taki produkowany z krwi zwierzęcej, bo ten wyższej jakości produkowany z ludzkiej nie jest refundowany. Musiałby sobie zapłacić. Nie wiem czy zapłacił czy nie, ale skutek był taki, że przestał oddawać krew. Morał? To że Pan oddaje krew nie oznacza, że Pan ja dostanie gdy będzie w potrzebie. Ten system działa inaczej.

oto Krzysztof M

Oddaję krew

Oddaję krew

Gratulacje! Soros panu podziękuje. :-) Bo krew "niekoniecznie" musi iść na cele, o których jest przekonany krwiodawca, że ta krew idzie... :-)) Pan czytał umowę? Tam jest wyraźnie napisane.

oto Krzysztof M

Na przykład po tym, ze za

Na przykład po tym, ze za prywatne ubezpieczenie medyczne płacę 1/12 tego, co kradnie mi NFZ.

I kiedy przyjdzie czas, dostanie pan od prywaciarza 1/12 świadczeń, na które pan liczy... :-)

oto Krzysztof M

po stwierdzeniu nadkwaśności

po stwierdzeniu nadkwaśności NFZ sfinansował mi połowę ceny banalnego leku za 8zł. Nawet tego nie zauważyłem - a szczerze mówiąc uważam dopłacanie 4zł zdrowemu, dobrze sytuowanemu i stosunkowo młodemu gościowi do leku, który kosztuje mniej niż piwo w knajpie za wyjątkowo kretyńskie marnotrawstwo.

Wyjątkowo kretyńskie jest niezauważanie, że nie żyje się na tym świecie samotnie, że nie jest się pępkiem świata.

Ale cóż... LIBERAŁ! :-)

oto Krzysztof M

Pieniędzy w systemie ochrony

Pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest za mało – to wiedzą już wszyscy

Przeciwnie. Jest ich tam raczej za dużo...

Nie "pieniędzy jest za dużo", tylko są one marnotrawione.

Przykład1: efektywność wykorzystania drogiego sprzętu diagnostycznego.
Przykład2: znajomy był kiedyś w piwnicach jednego ze szpitali, zobaczył tam pół setki nowych komputerów, które miały iść na złom...

oto Dubitacjusz

Rozsądne, realistyczne podejście

Nie niszczyć tego, co działa, a pozwalać wzrastać alternatywnym rozwiązaniom.

oto mikolaj

Sprawa jest prosta do rozwiazania, ale proste rozwiazania

nie znajduja w polsce poparcia - bo... nie da sie kombinowac, "zalatwiac", otrzynywac "dowodow wdziecznosci".
Sluzba Zdrowia - z punktu widzenia ekonomii - to uslugi jak kazde inne. Jezeli idziemy z zepsutym samochodem do warsztatu - to placimy po naprawie rachunek, jesli samochod jest na gwarancji - to placi producent, a sa jeszcze takie opcje (nie wiem czy w Polsce dostepne- tak jak i inne oczywiste rozwiazania funkcjonujace na swiecie), ze mozemy ubezpieczyc od "zepsuciasie" kazdy samochod w kazdym wieku - w firmie ubezpieczeniowej.
To my wybieramy wtedy warsztat i mechanika - tak powinno byc ze sluzba zdrowia: idziemy do lekarza czy do szpitala - tam, gdzie chcemy - a ubezpieczenie pokrywa nam koszty (o wyznaczeniu tego koszyka kosztow mowiono juz na poczatku lat 90-tych - i chyba nadal go nie ma).
Oczywiscie sa to koszty podstawowe - w szpitalu czy u lekarza, jesli chcemy cos "extra" doplacamy z wlasnej kieszeni (np. pokoj jednoosobowy czy leki nierefundowane).
Wtedy szpitale i lekarze beda konkurowac i cenowo i jakosciowo ( z gory wiadomo, ze ci lepsi beda drozsi a ci gorsi tansi - dzisiaj czesto... jest odwrotnie , bo jesli slaby lekarz czy ordynator ma "dojscie" - dostanie wiecej z NFZ.
Jak juz wczesniej stwierdzilem - rozwiazania proste i likwidujace lapowkarstwo, uklady, dojscia - w Polsce sa nie do zaakceprowania przez politykow i urzednikow... zobaczymy co rym razem wymysla - jedno jednak jest pewne: zaplaca za to wszyscy Polacy a sytuacja w sluzbie zdrowia nie ulegnie wiekszym zmianom.

oto Ireneusz

To jest cała analiza

Jak juz wczesniej stwierdzilem - rozwiazania proste i likwidujace lapowkarstwo, uklady, dojscia - w Polsce sa nie do zaakceprowania przez politykow i urzednikow...

Przede wszystkim przez polityków, którzy straciliby swoją rolę Wielkiego Rozdzielnika pieniędzy. A wręcz musieliby wreszcie otwarcie powiedzieć, że kłamali Polakom, iż im się "wszystko należy". No i musieliby wprowadzić nomen omen zmianę w Konstytucji, która jak wiemy kłamie wraz z politykami, że jest polską i dla Polaków.

oto mikolaj

Politycy - dzialajac w imie swoich wyborcow powinni...

obnizac podatki (podatki, poki co placi wiekszosc obywateli), tymczasem w 99% przypadkow podwyzszaja oni podatki... udowadniajac przy tym, ze to oni lepiej wiedza, na co obywatel pieniadze wydawac powinien. Sekunduja im w tym media oraz caly aparat biurokratyczny - i propaganda jest juz na takim poziomie, ze dziwie sie dlaczego np. taki KOD nie "walczy " o podniesienie skladki zdrowotnej do... 20%, chociaz zupelnie niedawni PO "walczylo" o 500 zl na kazde dziecko...

oto Konrad Rękas

Politycy - dzialajac w imie

Politycy - dzialajac w imie swoich wyborcow powinni...
obnizac podatki

...jak wiadomo bowiem obniżka podatków jest celem samym w sobie całego wszechistnienia.

oto mikolaj

Prosze przeprowadzic sadw wsrod znajomych...

Czy wola np. "emerytury pod palmami", ktore byly juz dosc dawno temu zapowiadane, czy zwiekszenie kwoty wolnej od podatku (tez zapowiadanego wiele razy)- chocby o 100 zl (rocznie).

Oczywiscie rola politykow jest udowodnienie, ze sa niezbedni - przede wszystkim do "zabezpieczania" zycia obywateli, a to kosztuje....

oto Skanderbeg

System jest zły a pieniądze nie są wydawane racjonalnie

Jak ktoś płaci przymusowo miesięcznie prawie 300 zł, a u lekarza bywa od "większego święta", to co się z tymi pieniędzmi dzieje? Patrząc tylko logicznie, skłaniam się ku opinii p. Daleckiego, że pieniędzy jest za dużo. Bez żadnych wyliczeń. Znam sporo osób, które płacą składki a z tego nie korzystają. Chorują raz na dekadę, a płacą przymosowo co miesiąc. I jak nagle przytrafi się coś poważniejszego, to kilka miesięcy trzeba czekać. A takiej osobie już zabrano przymusowo jakieś 30 000zł.
I jeszcze pytanie do autora? Czy czasem "powrót do ulg i odpisów", nie jest systemem korupcjogennym?

oto Dubitacjusz

"Bez żadnych wyliczeń. " Na oko to chłop umarł;-)

To jest punkt widzenia osoby względnie młodej i zdrowej.
Gdy się zestarzeje, a wraz z nią jej organy, to będzie dostawać więcej niż jej "zabrano".

oto Skanderbeg

Będzie dostawać?

Teoretycznie. Bo może powinienem zbierać na stare lata?
A że na oko? Pan Rękas podał przeciwną opinię bez żadnych wyliczeń.Cóż, ale jednym to uchodzi, jak widać.
Ja bym chciał, aby państwo pozwoliło działać i przestało udawać "dobrego wujka". Bezpłatna służba zdrowia. Dobre sobie.I utrzymywanie masy darmozjadów. Pamiętam jednego wielkiego narodowca K.Nyczaja. Co to na filmie twierdził, że jest gotów walczyć na śmierć i życie dla idei, a jak trafiła się okazja dorwania do koryta, to wylądował w AWSowskiej Kasie Chorych na Mazowszu. Tak samo inny narodowiec D. Wasilewski. To jest odpowiednik przysłowia "okazja czyni złodzieja" (tutaj okazja czyni urzędnika). W "Bastionie" udawał bezkompromisowego.
Zlikwidować koryto. Wg mnie, należałoby najpierw wprowadzić konkurencję, a ostatecznie sprywatyzować ubezpieczenia (szpitale już niekoniecznie). I płatnicy musieliby dawać 50zł na jakiś NFZ (dużo mniejszy niż obecnie) w ramach solidaryzmu narodowego, aby opiekę zapewnić też tym nie płacącym składek. Reszta z prywatnych ubezpieczeń. I mam nadzieję, że u nas nie wszystko musi pójść źle.

oto Konrad Rękas

Kiedy w 1998 r.

Kiedy w 1998 r. przygotowywano reformę ubezpieczeń społecznych obliczono wysokość składki niezbędnej do utrzymania istniejącego poziomu świadczeń na 12 proc. Balcerowicz zaparł się, że UW nie zgodzi się na więcej niż 5 proc. Ostatecznie doszło do 7, 7,5, następnie 7,75 proc. Od razu więc założono (o czym w tekście), że wpływy mają nie wystarczać na pokrycie kosztów. Tych jednak nie redukowano systemowo - bo nikt nie umiał się zdecydował na ograniczenie koszyka dostępnych świadczeń. Radzono więc sobie inaczej - redukując biały personel i redukując świadczenia ilościowo (rozciągając je w czasie). Nadto koszty rosły - na początku stulecia m.in. w wyniku pamiętnej ustawy 203 (313) która zapewniała podwyżki zatrudnionym w służbie zdrowia, tylko bez wskazania środków na pokrycie powstałych w ten sposób zobowiązań. Długi szpitali zwłaszcza wciąż więc rosły (i rosną nadal w wielu przypadkach), bowiem pieniądze jakoś trzeba było zdobywać poza systemem - najpierw pożyczkami w bankach, a następnie zwróceniem się ku parabankom (funduszom pożyczkowym). Redukcja przerostów biurokratycznych, zmniejszenie kosztów obsługi przez likwidację NFZ (w miejsce którego jednak powstaną one w wydziałach zdrowia Urzędów Wojewódzkich) nie pokryją wszystkich braków.

Nadto nie ma sensu dywagować jak to się radykalnie poprawi, kiedy zniknie przymus ubezpieczeń zdrowotnych, podatki zostaną zredukowane do zera i każdy będąc milionerem będzie sam za wszystko płacił, bo ma to taki sam sens poznawczy, jak dowodzenie, że wszystko uzdrowi sama powszechna nacjonalizacja, gwałtowne podniesienie podatków i wzbogacenie państwa, które redystrubuje następnie pozyskane miliardy między obywateli. Oba bowiem te wspaniałe projekty nie odpowiadają na pytania co i za co leczyć teraz. A mnie (i, mam wrażenie, pewną część chorych...) interesują konkrety, a nie ideologie i wizje.

Natomiast fakt, że ktoś na poważnie używa "argumentu" w rodzaju "pieniędzy w systemie nie jest za dużo, bo ja płaciłem cały rok i nie chorowałem" jest tylko dowodem, że uczenie logiki na studiach się nie powiodło. Dla ułatwienia - to nawet nie jest ekstrapolacja, to po prostu błąd logiczny, bo jedno z drugim zwyczajnie nie ma większego związku.

oto Skanderbeg

Pan chyba zmierza do tego, że po

prostu zrobiono tak specjalnie. Aby po latach przeprowadzić prywatyzację przez upadłość?
A co do końcówki pana wypowiedzi. Skoro kasę ściągają co miesiąc, to chyba jednak powinno wystarczyć. A zna pan zakres biurokracji w NFZ i w ZOZach? Pytam poważnie?
A dlaczego nie starcza pieniędzy? CHoć pan nie udowodnił, że nie starcza. Ja rozumiem, że składki nie idą tylko na konkretne usługi, ale też na personel. Personel, który musi dostawać wypłaty co miesiąc. To dlaczego wielu boi się prywatyzacji?
Pan myśli o teraźniejszości, a nie o przyszłości a raczej powinno się patrzeć też w dalszej perspektywie. Odnoszę wrażenie, że "po panu choćby potop". Niech inni się martwią za co będą się leczyć .Takie wnioski wyciągam po pana komentarzu. A co do studiów i logiki, czy jej złego nauczania. Akurat mam tyle lat co pan.A logikę naprawdę na studiach trochę traktowano po macoszemu, na pełnym luzie. Tylko, że pan jednak nie podał skąd wziąć środki tu i teraz. Bo pana przyszłość nie interesuje.Odnoszę się tylko do komentarza teraz.

oto mikolaj

Dzisiaj lekarze i personel sluzby zdrowia zajmuje sie...

przede wszystkim administracja (mam kilku znajomych lekarzy - i zgodnie twierdza, ze administracja zajmuje im wiecej niz 50% czasu pracy).
Kazda kolejna ekipa rzadzaca ma rewolucyjne pomysly, ktore sprowadzaja sie do... zwiekszenia sprawozdawczosci i dokumentacji. Rownoczesnie wydaje sie ogromne pieniadze z NFZ na refundacje nowych lekow, z ktorych wiekszosc wcale nie jest lepsze od dotychczasowych, wrecz przeciwnie- czesc z nich ma duze dzialanie uboczne-co okazuje sie po kilku latach.
Ile to lekow usunieto z list refundacyjnych? Rownoczesnie "zapomina" sie o metodach naturalnych (ziololecznictwo), a ze sa one skuteczne najlepiej przekonuje fakt, ze bez zadnej refundacji czy dofinansowania wielu ludzi decyduje sie wydawac swoje pieniadze na te leki.
Np. ostatnio w Kanadzie przeprowadzona badania na kilkuset chorcy na raka i okazalo sie, ze ... sok z buraka ma wieksze dzialanie antyrakowe - niz leki kosztujace tysiace dolarow...
Dlaczego w Polsce nie przeprowadza sie zadnych badan nad skutecznoscia leczenia naturalnego? Czyzby dobre leki mogly produkowac tylko wielkie koncerny farmaceutyczne - a na dodatek, gdy mija okres ochrony patentowej - okazuje sie, ze jest nowy lek, w ktorym zmieniono o 2% udzial wypelniaczy, ale cena dalej jest dwudziestokrotnie wyzsza od generykow...

oto Skanderbeg

Tak z doświadczenia mi to przyszło do głowy

Jak są ulgi i odpisy, to są też kombinatorzy.A to powoduje korupcję. Wg mnie, nie da się tego uszczelnić, bo tu jest jednak Polska i pewnie coś pójdzie źle. CHoć mam nadzieję, że to ostatnie zdanie to nie jest jednak jakieś fatum .

oto Konrad Rękas

Nadal nie rozumiem, kto

Nadal nie rozumiem, kto weźmie łapówkę za to, że X. sobie odpisze od podatku polisę ubezpieczeniową? Gdzie tu korupcja?

oto Tomasz Dalecki

może prościej po prostu

może prościej po prostu znieść ten podatek, zamiast cokolwiek odliczać? Będzie mniej pracy kosztów księgowych i mniej pracy dla urzędasów...

oto Skanderbeg

Wyraziłem się nieprecyzyjnie

Taka ustawa byłaby korupcyjna, bo akurat lobby księgowych by się ucieszyło.Czyli jedna grupa społeczna A przecież najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Nic nie odpisywać, tylko zmniejszyć podatki.

oto Ireneusz

Raz kapitalista, raz komunista

Znam sporo osób, które płacą składki a z tego nie korzystają. Chorują raz na dekadę, a płacą przymosowo co miesiąc

Może by się szanowny Skanderberg zdecydował, czy jest zawziętym komunistą, czy zawziętym kapitalistą? Tak raz a dobrze?

oto Skanderbeg

Pan znowu się czepia?

Bo pan jednak mało rozumie.Kapitalizm nie jest antonimem komunizmu, przecież.
Cóż, uraz ma pan do mnie? Proszę podać przykłady mojego rzekomego kapitalizmu i komunizmu.

oto Ireneusz

Brawo

Pierwszy racjonalny opis sytuacji pochodzący ze środowiska pozamedycznego, który przeczytałem na ten temat. Brawo.
Może jest wreszcie szansa na realną zmianę? Bo do tej pory wszelkie identyczne analizy przygotowywane przez środowiska medyczne były w społeczności kwitowane identycznie, jak to dokonał Dalecki. Czyli w skrócie: "złodziej chce więcej". I w ten sposób trwamy od lat w patologii, za którą winieni są medycy i farmaceuci :-)))) Nigdy politycy...
Tak to u nas jest, że ten co się na czymś naprawdę zna (specjalista) jest traktowany z góry przez laika, który naczytał się mądrości pisanej przez idiotów w internecie.

oto mikolaj

Lekarz studiuje 6 lat, potem kilka lat praktyki - zanim zostanie

samodzielnym ( w miare) lekarzem, musi caly czas uzupelniac swoje wiadomosci - i leczyc chorych (zeby "zarobic" praca zajmuje mu najczesciej wiecej, niz 8 godzin.
Po kilku nastepnych latach zostaje... dyrektorem szpitala... jakie ma predyspozycje do zarzadzania administracja i pieniedzmi? W Polsce chyba 99% kierowniczych stanowisk w sluzbie zdrowia zajmuja lekarze - to jest glowny powod problemow, bo zrobienie kursu (zaocznego) administratora sluzby zdrowia - to nie to samo co 5 lat studiow ekonomicznych.

oto Ireneusz

To od dawna nieprawda

Lekarz wpierw zostawał ordynatorem. Ordynator mógł zostać dyrektorem. Problem w tym, że chyba już nie ma ordynatorów, a są jedynie kierownicy oddziałów. Pracują w trybie konsultantów, a nie szefów rzeczywistych. Stąd większość dyrektorów szpitali jest dzisiaj ekonomistami. Lekarze są jedynie zastępcą do spraw medycznych.
Oczywiście to dynamiczne, więc gdzieniegdzie jeszcze są i być może zostają lekarze dyrektorami. Ale jak to się dzieje z nimi, widać po ich ministrowaniu.
Dopiero dzisiaj, chyba po raz pierwszy w tak zwanej wolnej Polsce ministrem nie został zwykły lekarz, a działacz i polityk z Naczelnej Izby Lekarskiej. Ma chłop wiedzę, w przeciwieństwie do wszystkich jego nieudolnych poprzedników.

oto Marek Bekier

Trochę zniuansuję pańską

Trochę zniuansuję pańską wypowiedź. Moim zdaniem problemem nieco ogólniejszym od problemów służby zdrowia jest fakt, że prowadzenie firmy (dowolnej) jest niezwykle trudne bez wyższej wiedzy ekonomicznej i doskonałej orientacji w prawie, szczególnie podatkowym. To wada systemu prawnego i ekonomicznego. Powinno być tak by wiedza fachowa plus skrócone kursy wieczorowe z ekonomii wystarczyły. Wracając do służby zdrowia dodam, że pewna część lekarzy postarała się o to by wystarczającą wiedzę z dodatkowych dziedzin mieć. Co do min. Radziwiłła to mam o nim jak najlepsze zdanie pod każdym względem. Co do przeróżnych dyrektorów placówek medycznych to wspomnę o jednym przypadku znanym mi aż trochę za dobrze. Było sobie sanatorium, którego dyrektorem był lekarz pracujący w nim od bardzo dawna. Zbliżał się do emerytury więc ogłoszono konkurs. W efekcie, po pewnych problemach proceduralnych, których nie będę opisywał, dyrektorem został lekarz z najdłuższym stażem pracy. Chwilę potem zaczęły się problemy z określeniem własności sanatorium (teren należał bodaj częściowo do miasta, częściowo do województwa, budynek do związków zawodowych a zarząd był pod NFZ lub kasami bo nie pamiętam czy było już po zepsuciu reformy). NFZ dołożył problemy z zarządzaniem polegające głównie na niejasnych przepisach związanych z przyjmowaniem kuracjuszy i z gwałtownie podwyższonymi wymogami co do standardów wyposażenia sanatorium i jakości zabiegów. Gdy wydawało się, że młody (ta młodość trochę umowna bo coś koło 40 lat) dyrektor sobie poradzi to został w niejasnych okolicznościach zwolniony a nowa dyrekcja była już ekonomiczna. No i nowa dyrekcja doprowadziła w niecały rok sanatorium do likwidacji. Na moje oko likwidacja była pracą zleconą dla nowej dyrekcji bo rozliczni właściciele liczyli na to, ze się obłowią. Najprawdopodobniej nie bardzo im wyszło bo sanatorium przekroczyło już 10 lat popadania w ruinę.
Na koniec zaznaczam, że mój przykład z sanatorium jest prawdziwy ale nie mam pojęcia czy jest reprezentatywny.

oto Mar.Jan

Częściowa prywatyzacja służby zdrowia to jak jajko częściowo

nieświeże.
Cos takiego po prostu nie ma prawa istnieć.

bo to wbrew zapowiedziom rynek (prawda, że ograniczony i regulowany) nie spieszy się zaspokajać realnych potrzeb pacjentów.

No własnie dlatego, że jest ograniczony i regulowany, źle działa! Jest zbyt ograniczony i źle regulowany po prostu.

Ja od 20 lat korzystam głównie z LUX-MEDu, gdzie jakośc usług jest o niebo wyższa niż w uspołecznionej słuzbie zdrowia i co najciekawsze, usuługi lux-med sa kilkakrotnie tańsze niż składki wymuszane przez NFZ. Ja płace za cała rodzinę (do niedawna 6 osób) abonament miesięczny w wysokości mniej niz 200 zł, a mój własny abonament opłacany przez firmę, kosztuje nieco ponad 100 zł.
Minimalne składki ZUS na "ochronę zdrowia" wynosza ok. 300 zł /mc. Płacic trzeba, niestety leczyc się w zasadzie nie da, jeśli ktoś choruje powazniej niz na przeziębienie.

Gdzie tkwią kruczki tajemniczo niskiej ceny za usługi wyższej jakości?
Po pierwsze: Lux-Med zawiera umowy zbiorowe z zakładami pracy. Od każdego pracownika pobiera określoną kwotę, lecza sie zas tylko niektórzy pracownicy od czasu do czasu. Płaci się więc za gotowośc do świadczenia usług i statystycznie to się opłaca. Jest to analogia do składki ubezpieczeniowej w ubezpieczeniach zbiorowych na zycie.
Ale w końcu przecież w NFZ też płaca wszyscy, a lecza sie tylko niektórzy.
Skąd więc taka róznica w cenach i ppoziomie uslug?
Nie jestem badaczem zgłębiającym tę tematykę, więc chętnie dowiem się od lepiej wiedzących. Ja mam tylko takie podejrzenie: róznica w cenach i poziomie usług między NFZ i prywatna słuzba zdrowia ma kilka źródeł:

1. gigantyczne martnotrawstwo finansowe w uspołecznionej słuzbie zdrowia, gdzie płacone składki ida głównie na utrzymanie monstrualnej czapki biurokratycznej i nadzorczej.

2. NFZ leczy wszystko co potrafią lekarze i wykonuje kosztowne opeeracje, jak również leczy emerytów, którzy juz składek nie płacą, a ich potrzeby w zakresie ochrony zdrowia sa znacznie wieksze niż na ogół zdrowych pracowników firm prywatnych. Lux-Med po prostu ogranicza się do standardowych procedur leczniczych w ramach abonamentów, a za usługi wykraczające poza abonament każe sobie slono płacić.

3. Ceny usług ponadstandardowych (operacje, rehabilitacje itp.) są w pewnym sensie monopolistyczne, ponieważ jeśli ktoś leczy się w Lux-Medzie i ma potrzebę rehabilitacji czy wykonania jakiejś operacji, to nie dostanie od prywatnego lekarza skierowania na zabiegi bezpłatne w NFZ. Inna sprawa, że w NFZ dostęp do usług bezpłatnych jest mocno ograniczony z powodu niedofinansowania słuzby zdrowia. KOlejki oczekiwania na zabiegi są tak absurdalne, że przekreślają możliwośc (zagwarantowana chyba w Konstytucji?!) skorzystania z państwowej opieki zdrowotnej. Prędzej pacjent umrze, albo straci władzę w rekach czy nogach, zanim doczeka się na realizację zleconych zabiegów.
4. brak możliwości skorzystania z usług, opłacanych przez skłądki pracownicze, społecznej służby zdrowia, jest również czynnikiem podnoszącym ceny usług pozaabonamentowych w placówkach prywatnych.

Nie może sensownie istnieć słuzba zdrowia państwowa, w której każdemu należy się nieograniczony zakres usług przy ustalonej stałej stawce, ponieważ sa one w praktyce niedostepne z powodu niedoinwestowania placówek leczniczych.

Nie może sensownie istnieć prywatna służba zdrowia przy tak niskich stawkach abonamentów zbiorowych. Dlatego pacjenci musza za niestandardowe zabiegi płacić z własnej kieszeni.

Tylko system komplementarny, mieszany: państwowo-prywatno-społeczny może w miarę harmonijnie zafunkcjonować

Tak jak wyżej napisałem, uważam system mieszany za bezsensowny. Własnie taki mamy.

Jakie więc widziałbym rozwiązanie:

Całkowita prywatyzacja słuzby zdrowia. Wiązała by się z tym likwidacja całej struktury administracyjnej słuzby zdrowia, co uwolniło by mase pieniędzy zjadanych przez biurokrację.
Prywatna służba zdrowia byłaby finansowana na zasadach sprzedaży usług, których ceny musiałby pokrywac prawdziwe koszty leczenia i zapewnić zysk umożliwiający rozwój lecznictwa.

Finansowanie kosztów leczenia przez pacjentów, których nie stac na płacenie z własnej kieszeni przejęłyby fundusze ubezpieczeniowe (ubezpieczenia prywatne lub zbiorowe, nieobowiązkowe). Ubezpieczenia grupowe w zakładach pracy pozwalają naprawdę zapewnić niskie stawki ubezpieczeniowe, pod warunkiem, że i w tej dziedzinie zapanuje wolna konkurencja. Aktualnie rynek jest psuty przez panstwowe świadczenia zdrowotne oraz regulacje ograniczające rynek ubezpieczeniowy (w tym przymus kosztownych ubezpieczeń w ZUS).

Społeczeństwo powinno zostac przekonane, że tak jak nie ma darmowych obiadów, tak nie ma darmowego lecznictwa.
Nie wszystkich będzie stać na leczenie w pełnym zakresie potrzeb, to pewne. Ale i dzisiaj nie każdego stac na leczenie, mimo istnienia państwowej słuzby zdrowia. Bez przerwy napotykam w mailach, internecie, prasie, i mediach wezwania do wspomożenia kogoś, kto cierpi na jakąś chorobę wymagającą leczenia za grube dziesiątki, czy nawet setki tysięcy złotych. Jedni taka pomoc otrzymają, a inni nie. Tak jest dzisiaj i tak bedzie nadal, jednak sądze, że w prywatnej słuzbie zdrowie, finansowanej za pośrednictwem funduszy ubezpieczeniowych, koszt leczenia będzie niższy, a jego skutecznośc będzie o wiele wieksza niż w systemie aktualnie działającym (własciwie - w zasadzie niedziałającym!).

oto pioszo54

a czy nie jest tak, że

a czy nie jest tak, że ubezpieczalnie powodują wzrost kosztów leczenia ("ubezpieczyłem się, więc wykorzystam na maksa") i ludzie poza systemem ubezpieczeń są bez szans ?

(zostawiając z boku społeczną szkodliwość ubezpieczeń)

oto Mar.Jan

Nie jest tak, bo z ubezpieczalnią zawiera sie umowę

A w tej umowie jest wyszczególnione do czego pacjent ma prawo. Nie ma innej mozliwości, aby skorzystac z większej liczby zabiegów, jak zmienic polisę. To mniej więcej działa tak jak kontraktowanie usług leczniczych w NFZ. Tez nie działa to bez ograniczeń. NFZ zakontraktowal okreslona liczbę usług i następne można zakontraktowac na kolejny rok. Albo szpital wykonuje usługi płatne.
Działa podobnie, tylko koszty w uspołecznionej sł.zdrowia sa znacznie wyższe.

A w ogóle ubezpiecznia sa dla chętnych, znaczy - dobrowolne. Jak ktos ma przekonnaie, że nie bedzie chorował, bo ma końskie zdrowie, to może się nie ubezpieczać. Jak mu wypadnie pójśc raz na rok do lekarza, zapłaci za wizyte i po sprawie. Jak ktos ma slabe zdrowie, to może sobie wynegocjowac szerszy zakres usług.
Dla osób o niskim poziomie dochodu panstwo może dopłacać w formie zasiłków socjalnych.
Jednak ceny usług medycznych, zwłaszcza w abonamentach płaconych zbiorowo przez pracodawców, nie będa przekraczac kosztów ubezpieczenia w ZUS. A zakres usług będzie szerszy i ich jakość wyższa.

oto Mar.Jan

Nawet nie dlatego, że ktos nie chce itd...

Walka z wiatrakami polega na tym, że nikt nie chce w ogóle podjąc prawdziwej dyskusji o REALNYM rozwiązaniu problemu.
Identycznie jest z ZUSem, co zreszta wiąże się bezpośrednio z działniem społecznej słuzby zdrowia.
Problem jest trudny i jego rozwiazanie bedzie bolesne. Dlatego nikt z rządzacych od 25 lat nie podjął tego tematu.
Ludzie wolą dziadostwo, które znają, od niepewności związanej z prywatyzacją tych dziedzin. Przyzwyczaili się wierzyć, że to rząd ma zapewnić darmowe leczenie, emerytury, szkołe, dopłaty do nierentownych działów gospodarki.
Nikt tylko nie zastanawia się, skąd rząd ma na to pieniądze?
Jak do tej pory częśc wyciąga nam z kieszeni odliczając z tego sute wynagrodzenia dla administratorów, czyli biurokracji, a częśc zwyczajnie pożycza na wysokie procenty lub dodrukowuje, czyli znowu w inny sposób wyciąga nam z kieszeni. I prawie nikt nie zdaje sobie sprawy, że taki sposób zarządzania powoduje znacznie wyższe koszty i niższa jakośc wszystkich "darmowych" usług.
A przecież tylko ślepy nie widzi, że słuzba zdrowia jest już w stanie agonii, praktycznie nie działa, że emerytury są finansowane przez ZUS tylko w połowie, a resztę z dopłar budżetowych. ZUS jest bankrutem bez szans na uzdrowienie w obecnym systemie. Braki będa rosły, aż wreszcie budżet, rząd i Skarb Państwa ogłosza bankructwo i wszystko przejdzie pod zarząd komisaryczny zachodnich banków i biurokracji unijnej. Aktualnie taki scenariusz przerabia Grecja. Tylko, że grecja jest pierwsza i jest mała. Unia znalazła pieniądze dla Gecji, nie za darmo oczywiście. Polska gospodarka jest kilka razy większa od greckiej i podatnicy niemieccy już nie będą chcieli wziąc nas na swoje utrzymanie. Chyba, że im oddamy to wszystko co nam dali Rosjanie w postaci Ziem Zachodnich, pólnocno-wschodnich i Śląska.

Ale kto by tam myślal o tym co bedzie za 20 lat (może za 10?) skoro wybory są za 3,5 roku? Aby do wyborów i aby udało się tak zaczarować, żeby wyborcy znowu się nie połapali, że sa dojeni i robieni w konia na okrągło!
To nasza klasa polityczna doi polskie społeczeństwo. To jest własnie ten, kto "nie che, aby Polacy byli wolni".
NAsi politycy to pajace na sznurkach. Byc może ten kto pociąga za sznurki realizuje pomału scenariusz rozbiorowy, kiedy w zamian za umorzenie narosłych dlugów, trzeba bedzie oddac Niemcom Ziemie "Odzyskane".
Może to jest główny powód tego, że niczego nie daje się w tym kraju zreformowac naprawdę. Wszystko dzieje się na niby, w jakiejś rzeczywistości podstawionej.

oto Mar.Jan

Jest jeszcze jeden argument za prywatyzacją lecznictwa

oraz rynku ubezpieczeń.
W dzisiejszym systemie regulowanym i ograniczanym przez państwo na rózne sposoby, nikt nie wie, jakie sa naprawdę koszty leczenia pacjentów. Jedynie wolny rynek i konkurencja dostawców usług (leczniczych i ubezpoieczeniowych) może zweryfikowac te koszty i sprowadzić je do równowagi.
dopiero wtedy bedzie wiadomo ile kosztuje służba zdrowia i jaki jest koszt ochrony zdrowia dla pacjentów. I ta równowaga na 100% zostanie ustalona bez żadnych działań rządu, ministerstwa zdrowia, NFZ czy ogólnonarodowej debaty zajmującej czas politykom, posłom i mediom. I wszyscy będą zadowoleni, oprócz biurokratów i zwolenników socjalizmu.

oto Konrad Rękas

Suplement

Jak napisałem gdzie indziej:

Wciąż nie pamiętamy, że rząd nie ma własnych pieniędzy...

Więcej, ale nie od nas

Chcemy, żeby rząd więcej wydawał na ochronę zdrowia. Nie chcemy jednak, żeby na ten cel zwiększano obciążenia publiczne, słowem władza ma dodatkowe pieniądze wyczarować – albo zabrać z innych obszarów. Takie są wyniki badania opinii publicznej przeprowadzonego przez Millward Brown na zlecenie INFARMY w ramach rozpoczynającej się drugiej edycji inicjatywy „Głosuję na zdrowie”.

Nie tylko większe nakłady

Rezultaty te są o tyle interesujące, że wśród rozważanych przez ministerstwa zdrowia i finansów opcji reformy systemu opieki zdrowotnej i jej finansowania – szczególne miejsce zajmuje pomysł likwidacji składki zdrowotnej i (wraz z wtórnym budżetowaniem służby zdrowia) zastąpienie jej nowym podatkiem, wg różnych wizji – równym i ryczałtowym, albo procentowym, liniowym. A jak do tych planów mają się oczekiwania Polaków?

Wyniki badania wskazują, iż są one raczej duże, obejmując m.in. „poprawę sytuacji w systemie ochrony zdrowia oraz świadomość wartości zdrowia i rosnące potrzeby w zakresie jego utrzymania”. Aż 66 proc. badanych stwierdziło, że rząd powinien zwiększyć wydatki na zdrowie i jego ochronę kosztem innych obszarów finansowanych z budżetu państwa. Eksperci są jednak sceptyczni wobec wzmożonych apetytów pacjentów. - Zwiększenie nakładów na zdrowie jest koniecznie, ale musi być nierozerwalnie związane ze zmianami w funkcjonowaniu systemu ochrony zdrowia na wszystkich etapach. Pacjent powinien stać się jedynym beneficjentem tych zmian – komentuje prof. Tadeusz Pieńkowski, onkolog, Prezydent Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi, członek Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej oraz Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, członek Rady Ekspertów inicjatywy „Głosuję na zdrowie”.

Więcej inwestować – efektywniej wydawać

Sami najbardziej zainteresowani również nie kryją obaw i wątpliwości. Te same badania dowodzą bowiem, że co drugi respondent nie jest przekonany, że przeprowadzane przez rząd zmiany w systemie ochrony zdrowa przyczynią się do poprawy sytuacji pacjentów w Polsce. Połowa badanych osób jest zdania, że ochrona zdrowia nie jest priorytetem państwa. - Musimy, jako naród, zdać sobie wreszcie sprawę z tego, jak cenne jest zdrowie, jak wielkie koszty społeczne i ekonomiczne wiążą się z niezadowalającym stanem zdrowia i dlatego właśnie warto inwestować w poprawę stanu zdrowia Polaków. Nie tylko inwestować więcej pieniędzy, ale również wydawać je w sposób znacznie bardziej efektywny niż dotąd – przyznaje prof. Witold Orłowski, ekonomista, dyrektor Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC i członek Rady Ekspertów „Głosuję na zdrowie”.

Wyniki badania wskazują na niską znajomość rządowych planów dotyczących zmian w systemie ochrony zdrowia w Polsce. Pomimo składanych deklaracji, jedynie co piąty respondent potrafił wskazać darmowe leki dla seniorów jako konkretną propozycję zmian. Niemniej jednak ustawa gwarantująca bezpłatny dostęp do części leków osobom powyżej 75 roku życia jest dobrze oceniana przez większość uczestników badania. Tylko co piąty respondent wypowiedział się o projekcie negatywnie.

-----------------
Wyniki badania CATIbus przeprowadzonego przez Millward Brown na zlecenie INFARMY w ramach inicjatywy „Głosuję na zdrowie” w dniach 4-6 marca 2016 r., na reprezentatywnej próbie Polaków powyżej 18 roku życia.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.